Wyjście z kadru

Wyjście z kadru

Zimna wojna (2018) Pawła Pawlikowskiego to film, który poruszył widzów na całym świecie — i to nie tylko kinomanów. Sława, którą zdobył, zdaje się cały czas rosnąć, a nagród przybywać. Gdyby zastanowić się nad tym, dlaczego film ten został uznany niemal za arcydzieło, można by dojść do wniosku, że jest to zgrabnie opowiedziana, estetycznie nakręcona, uniwersalna historia nieszczęśliwej miłości w trudnych czasach, z piękną muzyką w tle. Zdaje się, że to właśnie dzięki temu film ten jest tak nośny. Mnie jednak w „Zimnej wojnie” ujmuje to, wobec czego za pierwszym razem można przejść obojętnie – niuanse, kreacja postaci drugoplanowych. To właśnie w tych drobnych szczegółach tkwi moc tego filmu; jego niepowtarzalny, niepodrabialny nastrój.

Dwoje drugoplanowych bohaterów – Irena, w której rolę wcieliła się Agata Kulesza, oraz Kaczmarek – Borys Szyc, to bardzo konsekwentnie poprowadzone charaktery. Ich zestawienie jest o tyle ciekawe, że postacie te już od pierwszej sceny są ze sobą zantagonizowane. Ich dwa różne światopoglądy oraz sposób, w jaki podchodzą do swojej pracy sprawiają, że bohaterowie ci także prowadzą ze sobą „zimną wojnę”; nieustannie się ścierają. Irenie Bieleckiej, jako oddanej swej pasji etnografce, zależy za zebraniu i ocaleniu jak największej ilości wymierającej w polskich wsiach kultury ludowej. Podchodzi ona z miłością do tej pracy; jest autentycznie zafascynowana muzycznymi skarbami, które wraz z dyrygentem Wiktorem (Tomasz Kot), udaje się jej odszukać. Dla Kaczmarka udział w tym przedsięwzięciu jest tylko wykonywaniem partyjnego rozkazu, który może pomóc mu w jego karierze. Jest znudzony eksplorowaniem polskiej wsi; niektóre piosenki wydają mu się prostackie, bo do tej pory znał je wyłącznie w wykonaniu miejscowych pijaków. To do niego jednak należy ideologiczna „opieka” nad repertuarem oraz finalnym kształtem „Mazurka” – tworzonego przez Irenę i Wiktora zespołu pieśni i tańca. Irena stara się walczyć o autentyczność ludowych utworów, broni przed cenzorską ingerencją Kaczmarka pieśń śpiewaną po łemkowsku.

W miarę jak rozwija się „Mazurek”, jego potencjalna polityczna siła zostaje zauważona przez partię. Na spotkaniu z partyjnym oficjelem, „sugerującym” zmianę repertuaru na socjalistyczny, następuje kulminacja konfliktu między Ireną a Kaczmarkiem. „Towarzyszka Bielecka” stanowczo sprzeciwia się temu pomysłowi, zależy jej na ukazywaniu kultury ludowej taką, jaka była w rzeczywistości –  nie chce wkładać w usta chłopów czegoś, czego z własnej woli nigdy by nie zaśpiewali. Zdecydowanie odmiennego zdania jest Kaczmarek, który oficjalnie upomina Irenę i wyraża swoją gotowość do pracy nad nowym wizerunkiem zespołu – według niego ludność wiejska „będzie śpiewać o tych najważniejszych sprawach, jeśli się […] go wesprze.” W tej scenie niezwykle ciekawie rozegrana jest gra spojrzeń bohaterów. Oficjel bada spojrzeniem reakcje twórców „Mazurka”, zganiona przez Kaczmarka Irena patrzy w dół, a potem jakby przypomina sobie o Wiktorze i jej oczy, ze szczątkiem nadziei, podnoszą się, spotykając się z jego oczami. Wiktor wytrzymuje spojrzenie Ireny tylko przez chwilę – nic nie mówiąc, spuszcza wzrok. Irena została sama na polu walki o autentyczność ludowego repertuaru. Wiktor, poprzez zaniechanie działania, wyraził swoje ciche przyzwolenie na zmieniającą się sytuację.

O porażce Ireny dowiadujemy się już w kolejnym ujęciu, gdy przy akompaniamencie pieśni na cześć Stalina wciągane jest nad sceną olbrzymie płótno z wizerunkiem sakralizowanego przywódcy ZSRR. Irena siedzi na widowni, z kamienną twarzą oglądając występ zmodyfikowanego, socjalistycznego „Mazurka”. Kaczmarek z uśmiechem pilnuje prawidłowego przebiegu koncertu, a Wiktor, jakby wyzuty z emocji, dyryguje zespołowi. Podczas gromkich oklasków, które nie mogły nie zabrzmieć po zaprezentowaniu przesiąkniętego socjalistyczną ideologią repertuaru, Irena wstaje i opuszcza widownię. Wychodzi z kadru, z filmu – opuszcza rzeczywistość, której nie potrafiła ani zmienić, ani zaakceptować.

Postać Ireny, po wyjściu w 22. minucie filmu, nie pojawia się w Zimnej wojnie już ani razu. Nie wraca nawet w rozmowach bohaterów, jak gdyby przestała istnieć. Mimo tego, że jej zniknięcie jest ciche i jakby ukryte pomiędzy oklaskami, wybrzmiewa jako bunt tej bohaterki, jej sprzeciw wobec zmieniającego się świata. Jest on tym głośniejszy, że kontrastuje z konformistyczną postawą Wiktora, umiejącego dostosować się do zmian, choćby się z nimi nie zgadzał. Nawet gdy w dalszej części fabuły Wiktor decyduje się na nielegalną ucieczkę za granicę, wykazuje wysoką zdolność dopasowywania się do zastawanych warunków. Nie walczy on o zmianę, by móc postępować w zgodzie z własnymi zasadami, a raczej nagina siebie do otaczającej go rzeczywistości.

W oscarowej Idzie Pawła Pawlikowskiego, bohaterka Agaty Kuleszy również „wychodzi” z kadru. Grana przez nią Wanda popełnia samobójstwo, wyskakując przez okno. W obydwu przypadkach postacie te kontestują rzeczywistość, nie zgadzają się na nią. Irena decyduje się na taki krok, bo jest obezwładniona własną bezradnością. Wanda natomiast odbiera sobie życie w momencie, gdy uświadamia sobie, jak bardzo zepsuła świat, na którego tworzenie miała duży wpływ, pełniąc funkcję prokuratora. Popełniając samobójstwo, niejako uwolniła więc rzeczywistość od samej siebie.

Podczas konferencji prasowej Zimnej wojny na 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, Paweł Pawlikowski opowiedział o swoim pomyśle na postać Ireny. Pierwotnie bohaterka ta miała powrócić pod koniec filmu, reżyser chciał, by jakoś się „spointowała”. W żaden sposób nie dało się jej jednak dopasować do dalszej części tej historii. Irena znika więc konsekwentnie, w sposób cichy i subtelny, a dzięki temu jej manifest broni się sam.

Uważam, że zarówno postać Ireny, jak i Kaczmarka, to wspaniale wykreowane charaktery i świetne role Kuleszy i Szyca. Tropienie losów tych bohaterów, którymi poprzetykany jest główny wątek miłości Wiktora i Zuli, wymaga dużej uważności, ponieważ reżyser daje nam o nich naprawdę niewiele informacji. Moją uwagę od pierwszego seansu skradła Irena, na której powrót czekałam aż do ostatniej sceny. Jej nieobecność jednak mówi więcej, niż gdyby na siłę wkładać w jej usta jakiekolwiek słowa.

Olga Stolarczyk