„Wieża. Jasny dzień”: Wszystko, ale nic

„Wieża. Jasny dzień”: Wszystko, ale nic

Złote Lwy, przyznane na tegorocznym festiwalu filmowym w Gdyni za najlepszy scenariusz i najlepszy debiut reżyserski, wydają się być wystarczającymi powodami do obejrzenia „Wieży”. Jednocześnie taka rekomendacja sprawia, że można mieć wobec filmu niemałe wymagania. Więc co się stało, że się… nie podołało?

Obraz Jagody Szelc opowiada historię dwóch sióstr – starszej Muli, mieszkającej poza miastem, i młodszej Kai, dawno niewidzianej przez resztę rodziny. Kobiety spotykają się pierwszy raz od lat, a pretekstem jest uroczystość pierwszej komunii świętej małej Niny. Dziewczynka wychowywana przez Mulę bardzo szybko okazuje się być biologiczną córką Kai. Taki obrót spraw sugeruje, że mamy do czynienia z dramatem obyczajowym. Odczucia potęguje ujawniony wątek chorej matki, z którą nie można nawiązać kontaktu. Jednak im dalej w las, tym więcej niewiadomych. Historia zaczyna coraz wyraźniej uciekać schematom „obyczajówki”, a kolejne dziwne zdarzenia, niewytłumaczalne zachowania i szeptane wypowiedzi sprawiają, że film odpływa gdzieś w mgliste rejony horrorów i thrillerów. Ostatecznie trudno jednoznacznie określić, czym „Wieża. Jasny dzień” jest, a liczne interpretacje fabuły nie ułatwiają sprawy.

To, co dla wielu może być powodem do zachwytu, dla mnie okazało się największą bolączką filmu. Obraz nie kieruje nas w żadną ze stron, wydaje się nie mieć żadnych odgórnych ustaleń. Pozwala na liczne (daleko idące) interpretacje, które w żaden sposób wzajemnie się nie wykluczają. „Wieża. Jasny dzień” jest rajem dla wszelkiej maści poszukiwaczy drugich, trzecich i piętnastych den. Taka konwencja sprawia jednak, że historia okazuje się bezcelowa i niekompletna, a otwarte zakończenie wydaje się prezentować skrajnie leniwe podejście twórców do projektu. Z każdą minutą seansu coraz mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że twórcy nie mają nam nic do przekazania – „Wieża” to zbiór różnych pomysłów, które trzeba było jakoś połączyć. Postawiono więc na rodzinę.

Bohaterowie „Jasnego dnia” są równie skrajni co opinie o samym filmie. Po jednej stronie mamy siostry – całkowicie różne i bardzo wyraźne postaci. Twardo stąpająca po ziemi Mula, przygotowująca w pocie czoła przyjęcie komunijne, stanowi świetną przeciwwagę dla beztroskiej, związanej z naturą Kai, która woli w tym czasie poleżeć nago w trawie. Gdy razem są na ekranie, niemal dzielą go na pół. Po drugiej stronie mamy pozostałych członków rodziny, którzy cały czas towarzyszą duetowi głównych bohaterek, ale jednocześnie charakteryzuje ich straszliwa przezroczystość. Niby mają imiona, ale nie chce się ich zapamiętywać. Zdają się coś mówić, jednak ich milczenie nic by nie zmieniło. Twórcy nie podjęli nawet próby pogłębienia postaci brata Muli i Kai, który chociażby z samego faktu pokrewieństwa mógłby być interesującym elementem historii sióstr. Tymczasem wszyscy drugo- i trzecioplanowi aktorzy są jednowymiarowi i płascy niczym kartki, na których powstał ten lichy scenariusz.

Jagoda Szelc w wywiadach mówiła, że prace nad historią były niezwykle rzetelne i dokładne. Trudno jednak w to uwierzyć, gdy ogląda się film, w którym niewiele się dzieje i który jeszcze mniej mówi widzowi. Sama autorka w jednej z rozmów powiedziała, że Kaja to trickster – półbóg działający zawsze wbrew ustalonym porządkom. Równie dobrze może być czarownicą albo Batmanem – na wszystkie te teorie znajdziemy podobną liczbę dowodów. Brak w „Wieży” autorskiego przesłania, drogowskazu, który pokierowałby nasze spojrzenie w dobrą stronę. Ta historia zwyczajnie nie ma jednego słusznego wytłumaczenia, jest uniwersalna. A, jak powszechnie wiadomo, jak coś jest do wszystkiego, to jest do…

Szeroka widownia z „Wieżą. Jasnym dniem” będzie mogła zmierzyć się 23 marca, kiedy to obraz wejdzie do kin w całym kraju. Ja jednak proponowałbym, aby przełożyć oficjalną premierę na koniec miesiąca, bliżej świąt Wielkiej Nocy, aby kampania marketingowa była spójna tematycznie. Bo mimo, że niektórzy doszukują się w filmie Jagody Szelc odniesień do Boga, a akcja toczy się wokół pierwszej komunii, to sama produkcja jest tak naprawdę wydmuszką – na zewnątrz pięknie pokolorowaną przez interpretacje krytyków, ale jednocześnie całkowicie pustą w środku.

Piotr Gierzyński