„Wieża. Jasny dzień”: Rodzinny Hitchcock

„Wieża. Jasny dzień”: Rodzinny Hitchcock

Jak przyznaje w wywiadzie Jagoda Szelc, reżyserka filmu „Wieża. Jasny dzień”, „debiut robi się tylko raz i trzeba go zrobić najodważniej jak się tylko da”. Rzeczywiście – kino, które prezentuje debiutantka, studentka szkoły filmowej w Łodzi, nie jest bynajmniej banalne, a  tematyka filmu i sposób jej przedstawienia to śmiałe oznaki wyżej wspomnianej filozofii.

Akcja filmu rozgrywa się właściwie na dwóch płaszczyznach: obyczajowej i metafizycznej. Na początek skupmy się na tej bardziej prozaicznej. Nina, córka Muli i Michała, obchodzi uroczystość komunii świętej, która w polskiej tradycji zakorzeniła się jako zjazd członków rodziny. I tak, w odwiedziny do domku „komunistki” samotnie usytuowanego w dolnośląskim lesie, przybywa brat Muli wraz z żoną i dziećmi, a także tajemniczą Kają – siostrą Michała i prawdziwą matką Niny, która z niewiadomych nam powodów przestała uczestniczyć w życiu rodzinnym na 6 lat, zostawiając swoją pociechę pod opieką siostry. Wraz z jej przyjazdem zaczynają dziać się zjawiska zgoła niecodzienne – nagłe uzdrowienie chorej matki rodzeństwa, dziwne zachowanie księdza w parafii. Do tego jej obecność w domu rozdrapuje stare rany, frustruje Mulę, powstają napięcia między siostrami (spotęgowane obawą o wyjawienie prawdy Ninie).

Jednym ze świetnych punktów filmu jest idealna naturalność aktorów. Zgrana ekipa dobrze zaznajomiona i spokrewniona, sprawiła, że dzieło można odbierać jako pewnego rodzaju paradokument. Niezwykle naturalne sytuacje, w których aktorzy właściwie imitują prawdziwe zdarzenia tym bardziej podkreślają obyczajowość niektórych scen. Wpisuje się to co do joty, w zasadę aktorską według której nie powinno się odgrywać postaci, ale nią być –  odtwórcy ról w „Wieży” są najlepszym dowodem na prawdziwość tej tezy. Mula (Anna Krotoska) i Kaja (Małgorzata Szczerbowska) to pod względem charakterów dwa przeciwległe bieguny  – pierwsza to „wieża”, twardo stąpająca po ziemi matka, której zależy na dobru rodziny i przybranej córki – druga to „jasny dzień” – na pozór spokojna i serdeczna, jednak kryje się pod nią warstwa pytań bez odpowiedzi – nie znamy do końca jej motywacji i historii, nie umiemy przewidzieć jej kolejnego ruchu lub zamiarów.

To wszystko sprawia, że w rezultacie w jasnym dniu pojawiają się niepokojące czarne chmury, których w trakcie akcji przybywa coraz więcej. Świetny kontrast emocjonalny obu aktorek – służbistość i napięcie w oczach Muli, a także tajemniczy uśmiech oraz wręcz figlarna mimika połączona z onieśmieleniem i spokojem Kai – przekonuje nas, że są to wybitne kreacje obu na dobrą sprawę nieznanych szerszej publiczności odtwórczyń.

Do fundamentów technicznych filmu, wzmagających jego dualizm gatunkowy (dokument rodzinny a thriller psychologiczny) należą zdjęcia, montaż, ale również muzyka.  Kamera „z ręki”, ze zmieniającym się zoomem, przypomina amatorskie filmy ze ślubów, komunii, czy innych familijnych imprez. Z drugiej strony, po takiej „luźnej” i zwykłej scenie pojawia się statyczna kamera, kręcąca w jednym ujęciu oniryczną sytuację, której atmosferę potęguje niepokojąca melodia i dźwięki bzyczących pszczół.

Z perspektywy montażowej – film można porównać do harmonijki – niemal naprzemiennie występuje odcinek „obyczajowy” z odcinkiem thrillerowym.

Podobno obraz powstawał bez sprecyzowanego scenariusza, a dialogi konstruowano (a właściwie stworzono w wyniku improwizacji) dopiero na planie, co bez wątpienia wyszło historii na dobre. Ta „czujka na ściemę” (jak określiła to Jagoda Szelc) znacząco poprawiła wiarygodność bohaterów, fabuły, ale też i mieszanki gatunków (gdzie radykalna naturalność mieszała się z metafizyką).

Tą krzyżówkę filmową zdradza już nam tytuł: „Wieża. Jasny dzień” – w pierwszej fazie opowieści to postać Muli, czyli racjonalności, dominuje, jednak coraz to bardziej traci na sile na rzecz nadnaturalnej atmosfery wytwarzanej przez Kaję, która sięga punktu kulminacyjnego w zakończeniu.

Całkowicie otwarte zakończenie akcji, włącznie z całą fabułą, można interpretować na nieskończoną ilość sposobów – odbiór filmu jest definiowany głównie przez nasze doświadczenia, światopogląd czy aktualną wiedzę ogólną, zatem próba narzucenia którejś analizy wydaje się bezcelowa.

Bez wątpienia to wyjątkowo udany debiut Jagody Szelc oraz świetny przedstawiciel dobrego kina niezależnego. Wzbudza u widza odczucia zamierzone – wzrastający niepokój, zaciekawienie, identyfikację z bohaterami oraz refleksję, której od razu dokonujemy po projekcji. W tle przekazuje nam wartość filozoficzną, nie czyniąc fabuły trudnej w odbiorze – każdy człowiek znajdzie w niej coś swojego.

Konrad Wojtowicz