„Wieża. Jasny dzień”: „dramat rodzinny”

„Wieża. Jasny dzień”: „dramat rodzinny”

Debiut reżyserski Jagody Szelc wyróżnia się na tle innych filmów niezależnych. Z każdą minutą jest coraz bardziej intrygujący, a na koniec stawia przed widzem szereg pytań, na które każda odpowiedź jest poprawna.

Na wielu portalach filmowych możemy przeczytać, że „Wieża. Jasny dzień” to thriller  bądź też dramat obyczajowy. Sztuka polega na tym, że reżyserka genialnie balansuje między powyższymi gatunkami. Akcja rozgrywa się w Kotlinie Kłodzkiej, obserwujemy losy rodzinnego spotkania po latach, pełnego niedopowiedzeń, gdzie każdy bohater skrywa jakąś tajemnice. Mimo iż na ekranie widzimy pozornie szczęśliwą rodzinę, znajomych czy społeczność wspomnianej wsi, przez cały seans towarzyszy nam swego rodzaju poczucie osamotnienia i grozy. Nieustannie mamy wrażenie, iż w każdej chwili może wydarzyć się coś złego, a jak już się wydarzy, nie będziemy mieć żadnej, bezpiecznej drogi ucieczki. Takie zabiegi fantastycznie angażują widza w fabułę i wciągają go w realia pokazane na ekranie. Jest to zasługa nie tylko reżyserki, ale także postaci granej przez Małgorzatę Szczerbowską. Jedna z dwójki głównych bohaterek, siostra, która wraca po wielu latach nieobecności – Kaja, jest fundamentem całego poczucia niebezpieczeństwa. Tajemnice, które ze sobą niesie stają się tajemnicami jej bliskich, a jej działania przerażają, mimo iż tak naprawdę nic o nich nie wiemy.

Ukazana w filmie małomiasteczkowość jest tutaj zgubna dla rodziny Muli (Anna Krotoska), chcącej ukryć niespodziewane pojawienie się Kai. Twórcy świetnie wykorzystują niskobudżetowość produkcji, ograniczając się do kilku zamkniętych pomieszczeń i otwartych krajobrazów – łąk i lasów – co jedynie wzmacnia poczucie klaustrofobii i nieustannego zagrożenia.  Otaczająca bohaterów przyroda szczególnie oddziałuje na Kaję, która – jak już wspomniałam – jest postacią wyjątkowo tajemniczą i odbiera świat dookoła niej inaczej niż jej bliscy. Podobnie jak tytuł filmu ma dwie części, tak samo fabułę można podzielić na dwie perspektywy – Muli i Kai. Widz dzięki temu zaczyna kwestionować to co obserwuje na ekranie i mimowolnie kreuje własną interpretacje przedstawionych wydarzeń. Postać Szczerbowskiej  ma tutaj jeden mankament, w całej swojej tajemniczości zaczyna nam się wydawać rozczarowująco oczywista. Jest to ciekawy paradoks tej postaci, jak bardzo z czasem staje się ona dla nas tuzinkowa przez swoją odrębność. Od początku wiemy, że będzie ona kołem napędowym całej atmosfery grozy i nie jest to żaden spoiler. Najmocniejsza strona Kai staje się jej piętą achillesową.

Jagoda Szelc zostawia nas z otwartym zakończeniem, dając odbiorcom wspomnianą wolność interpretacji. Na większość zrodzonych w trakcie seansu pytań musimy sobie odpowiedzieć sami, a błędnych odpowiedzi w tym przypadku nie ma. Dla niektórych może być to ogromny plus, dla innych wręcz przeciwnie. Osobiście słyszałam już wiele teorii związanych z zakończeniem, począwszy od tego, że jest to metafora społeczeństwa, które odwraca się od Boga, kończąc na tym, że jedna z bohaterek jest zwyczajnie chora psychicznie. Według mnie dodaje to ekranizacji niezbitej wartości merytorycznej fakt, że po seansie „Wieży. Jasnego dnia” może wynieść własną przestrogę czy też mądrość życiową. Pominąwszy nawet wyciągnięte z filmu wnioski, jest to przede wszystkim świetnie nakręcone, wciągające dzieło, trzymające w napięciu do samego końca. Nie jest to może arcydzieło, zmieniające spojrzenie na świat współczesnej kinematografii, ma swoje wady, dla wielu może być pospolite, nudne czy po prostu przewidywalne. Mimo wszystko gorąco polecam przekonać się samemu.

Moja ocena:  7,5/10

Joanna Dreczka