„Wieża. Jasny dzień”: odważne autorskie kino

„Wieża. Jasny dzień”: odważne autorskie kino

Jagoda Szelc, 33-letnia reżyserka filmu „Wieża. Jasny dzień” powiedziała w jednym z wywiadów, że zależało jej na tym, aby stworzyć obraz, „który na końcu się rozpada”. I choć rozumiem, co miała  na myśli, to nie mogę się z takim stwierdzeniem do końca zgodzić. Film ten, który jest dodatkowo produkcją szkolną (Jagoda Szelc jest bowiem studentką V roku reżyserii na PWSFTviT w Łodzi), jest jak na debiut niezwykle konsekwentny, a dodatkowo bardzo odważny. Zresztą, aby potwierdzić moje słowa warto wspomnieć, że Szelc dostała za niego nagrodę za najlepszy debiut na tegorocznym Festiwalu w Gdyni. Tam też przez wielu krytyków „Wieża” została nazwana „czarnym koniem festiwalu”, „totalnym objawieniem” czy „kinem zupełnie niebanalnym”.

Kotlina Kłodzka. Córka Muli i Michała Nina – przygotowuje się do sakramentu I komunii świętej. W związku z uroczystością w Sudetach zjawia się najbliższa rodzina dziewczynki: brat Muli, Andrzej (wraz ze swoją żoną i dziećmi) oraz Kaja, jej siostra, która zniknęła sześć lat temu. Już w jednej z pierwszych scen dowiadujemy się, że to właśnie ona, a nie Mula jest biologiczną matką Niny, jednak dziewczynka o tym nie wie. Historia, która mogłaby posłużyć reżyserce i zainspirować ją do zrobienia „ciężkiego” dramatu psychologicznego, jest tylko pretekstem i – dzięki różnym zabiegom formalnym – zabiera widza w wymiar bardziej nierzeczywisty. Zabawa konwencją i mieszanie stylistyk, które proponuje Szelc są dla wytrawnego odbiorcy czymś niezwykle interesującym.

Tajemniczy i mroczny nastrój zaczyna już od początkowej planszy z napisem: „w oparciu o przyszłe wydarzenia”, a także od sekwencji otwierającej film. Potem praca kamery bliższa jest raczej stylistyce dokumentu- naturalny, nieco przygaszony kolor, czy częste  zbliżenia „ z ręki”. Przypomina to nieco filmowe zapiski z rodzinnych spotkań, które większość z nas trzyma gdzieś na dnie szuflad. Z rozwojem akcji sposób obrazowania zmienia się i zbliża się do horroru, czy thrillera. Zastosowany jest bowiem „nielirealny” montaż oraz długie, nawet kilkudziesięciosekundowe, ujęcia.

Ten dualizm zastosowany w warstwie wizualnej filmu znajduje również odbicie w jego fabule. Ba! Zauważamy go już w samym tytule, który składa się z dwóch członów: „Wieża” i „Jasny dzień”. Odnosi się on do dwóch sióstr, Muli i Kai, które zostały zestawione ze sobą na zasadzie kontrastu. Mula to ta rozważna, pani domu, która ma kontrolę nad swoim życiem. W tym matriarchalnym domu to ona tworzy jego centrum. Jej siła i zaradność sprawiają, że to zdecydowanie ona jest odbiciem świata rzeczywistego, realnego, a także jego męskiej części. Kaja to ten kobiecy pierwiastek. Duchowość, wrażliwość, świat przyrody i natury. Jej osobowość i metafizyczność zupełnie nie pasują do uporządkowanego świata Muli. Zresztą to właśnie postać Kai wzbudza w widzu największe zainteresowanie. Kim ona jest? I po co wróciła? Czy jest odrzutkiem społecznym? Osobą opętaną? Wiedźmą?. Sama reżyserka podsuwa tropy, że może jest ona Tricksterem mitologicznym bożkiem, który przeciwstawia się panującym zasadom i zmienia porządek rzeczy, czasem nawet go niszcząc. W takiej interpretacji niezwykłego charakteru nabiera scena finałowa, która w moim odczuciu ma wymiar apokaliptyczny. Marsz ludzi pogrążonych w letargu, jakby umarłych, w kontraście z bijącym dzwonem kościoła i „zielonymi pastwiskami” Doliny Kłodzkiej być może obrazuje koniec świata. A być może nie. Zakończenie to, poprzez swoją wieloznaczność, jak przyznaje sama autorka, nie ma jednej słusznej interpretacji.

Taki wydźwięk filmu i jego otwarte zakończenie mają oczywiście swoich przeciwników, którzy twierdzą, że jak coś jest o wszystkim, to tak naprawdę jest o niczym. Albo jeszcze, że ten film to „wydmuszka opakowana w ładną skorupkę”. Takie opinie tak naprawdę świadczą o sukcesie pani Szelc. Udało jej się bowiem stworzyć film, który nie jest „letni”. Raczej pełen odwagi, filozofii i autorskiego spojrzenia. „Wieża. Jasny dzień.” to kino, które próbuje mówić do widza swoim własnym językiem. Na pewno nie każdy go zrozumie. Ale spróbować warto.

Agata Nierzwicka