„Wieża. Jasny dzień”, czyli nic nie jest tym, co się wydaje

„Wieża. Jasny dzień”, czyli nic nie jest tym, co się wydaje

„Wieża. Jasny dzień” to pełnometrażowy debiut Jagody Szelc. Swoją premierę miał na tegorocznym 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Reżyserka, która ukończyła Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu, a obecnie studiuje reżyserię na piątym roku w Polskiej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, jest również autorką scenariusza.

Kotlina Kłodzka. Malownicze krajobrazy, z dala od miejskiego zgiełku. Spotkanie po latach dwóch skłóconych ze sobą sióstr, Muli (Anna Krotoska) i Kai (Małgorzata Szczerbowska). Pierwsza komunia święta Niny (Laila Hennessy), córeczki Muli, której biologiczną matką jest Kaja. Stara, schorowana matka, kochający mąż Muli, niestroniący od przekleństw brat Andrzej z żoną i dwójką dzieci oraz ksiądz przygotowujący dzieci do sakramentu. Film sugeruje, że widz będzie miał do czynienia z typowym dramatem rodzinno-obyczajowym. Spodziewamy się, że w którymś momencie Nina dowie się o tym, że jej prawdziwą matką jest Kaja, najpewniej wydarzy się to w trakcie trwania najświętszego sakramentu, co doprowadzi rodzinną uroczystość do katastrofy. Dorzućmy jeszcze męża Muli jako biologicznego ojca Niny, jako że wątek zdrady niewątpliwie doda zarówno dramaturgii, jak i pikanterii całej tej sytuacji.

Nic bardziej mylnego. Już na samym początku, gdy na ekranie pojawia się napis: „Na podstawie przyszłych wydarzeń” dowiadujemy się, że film będzie czymś innym, niż zwykłą historią o skłóconej rodzinie. Następnie widzimy samochód, z obydwu stron otoczony gęstym lasem, filmowany z lotu ptaka w towarzystwie niepokojących dźwięków, który na myśl przywodzi pierwszą scenę filmu Lśnienie Stanleya Kubricka. Wprowadza to nastrój grozy oraz nutkę tajemnicy, a także stanowi zapowiedź tego, w jakim kierunku pójdzie debiut Szelc.

O czym właściwie jest „Wieża. Jasny dzień?” O zderzeniu sfery sacrum i profanum? O upadku współczesnego człowieka? O jego zniewoleniu w przytłaczającym nas świecie? A może o Bogu w dzisiejszych czasach? O pogańskiej szamance? O opętaniu? Czy może jednak o końcu świata? Jedno jest pewne – Szelc wcale nie opowiada o próbie pojednania sióstr, jak sugeruje opis filmu.

„Wieża. Jasny dzień” od pierwszej do ostatniej minuty wypełniony jest niełatwą do zinterpretowania symboliką. Stawia mnóstwo pytań, nie udzielając praktycznie żadnych odpowiedzi. Po wyjściu z seansu trudno jest nawet jednoznacznie określić historię, jaką opowiada „Wieża”. Jednak, o dziwo, widz nie czuje się zawiedziony. Szelc pozostawia mu ogromne pole do popisu. Interpretacji może tu być wiele, co sugeruje już sam tytuł filmu. Złożony z dwóch części, pojawiających się na ekranie na początku i na końcu, tym sposobem tworzy swojego rodzaju klamrę. Motyw dualizmu, widoczny już w tytule, przewija się zresztą przez cały film. Jego dodatkową funkcją jest potęgowanie nastroju grozy i niepokoju, które odnajdują swój moment kulminacyjny w ostatniej scenie.

Niespokojne ruchy kamery, liczne zbliżenia i debiutujący aktorzy, których twarzy nie znamy i w większości pierwszy raz oglądamy na ekranie, wywołują wrażenie inscenizacji dokumentalnej. Na początku, przynajmniej w moim odczuciu, jest to lekko irytujące, ale wraz z trwaniem filmu, widz przekonuje się o słuszności użycia tego zabiegu. Dzięki temu jeszcze bardziej przeżywamy to, co dzieje się na ekranie. Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, iż zaczynamy się czuć jak część tej rodziny. Tak jak oni zadajemy sobie pytania, na które nie potrafimy znaleźć odpowiedzi, tak jak oni, nie wiemy, co się właściwie dzieje, tak jak oni czujemy się zagubieni i tak jak oni odczuwamy obecność Kai jako coś niezrozumiale zatrważającego. Efekt ten zostanie spotęgowany przez wspomnianą już finałową scenę, która wciska w fotel i na długo zapada w pamięć.

„Wieża. Jasny dzień” to kino stuprocentowo autorskie. Niewątpliwie stanowi powiew świeżości na polskim rynku filmowym. Podpisuję się obiema rękami pod wszelkimi opiniami jakoby okazał się tegorocznym objawieniem Gdyńskiego Festiwalu Filmowego. Myślę, że magia debiutu Szelc polega przede wszystkim na tym, że jest to film nie na raz, nie na dwa, a co najmniej na kilka seansów. To historia, która całkowicie pochłania i robi to w taki sposób, że ciężko się potem z tej otchłani wydostać.

Paulina Zdebik