„Wieża. Jasny dzień”: Wielka niewiadoma

„Wieża. Jasny dzień”: Wielka niewiadoma

„Wieża. Jasny dzień” to debiut reżyserki Jagody Szelc i zapewne jeden z tych filmów, które mają odmienić współczesną polską kinematografię. Na pozór obyczajowa historia skrywa wiele tajemnic i grozę, która do ostatniej sceny obezwładnia widza.

Akcja filmu skupia się na uroczystości komunii świętej Niny, która ma się odbyć niebawem. Z tej okazji do domu na wsi, gdzie mieszka dziewczynka wraz z mamą Mulą (Anna Krotoska), tatą Michałem (Rafał Cieluch) oraz schorowaną babcią, przyjeżdżają goście. Jest to rodzeństwo Muli – brat Andrzej (Rafał Kwietniewski) wraz z żoną i dziećmi, a także Kaja (Małgorzata Szczerbowska) – siostra i biologiczna matka Niny, która zniknęła nagle przed sześcioma laty. Mula boi się, że niezrównoważona psychicznie Kaja będzie chciała odebrać jej córkę.

Pierwsza część filmu, czyli „Wieża…”, jakby należy do Muli. To na niej się skupiamy, a właściwie na jej relacjach z siostrą. Kobieta cały czas stara się kontrolować Kaję, obserwuje ją. Mula z początku uważa, że panuje nad sytuacją, jest „głową rodziny”, tak naprawdę jedyną racjonalnie myślącą, jednak z biegiem czasu zaczyna nie radzić sobie z presją. Gdzieś gubi swoje opanowanie.

„…Jasny dzień” to z kolei Kaja. Brzmi to jak nadzieja, która zmienia rzeczywistość, która pozwala nam wierzyć, że wydarzy się coś dobrego. Jest to pewien zwrot akcji w filmie, lecz czy dobry? Kobieta jest tajemnicza, czasem nazbyt. Do ostatniego momentu zadajemy sobie pytanie: kim w zasadzie jest Kaja i co ma na celu?

Pierwsze sceny, dzięki muzyce, wplatają elementy niepokoju, lecz wciąż myślimy, że oglądamy zwykłą obyczajową historię. Sceny jakby kręcone z ręki, imitują w pewien sposób paradokument, pomagając nam stać się częścią tej rodziny. Reżyserka buduje nastrój, pozwala współodczuwać wraz z bohaterami. Jesteśmy obserwatorami Muli i tego, co się dookoła niej dzieje. W całej produkcji możemy zauważyć, że poszczególne sceny urywają się, nachalnie pokazując niedopracowany montaż, lecz w istocie buduje to niezwykły klimat. Piękne zdjęcia zrealizowane w Kotlinie Kłodzkiej dodają przestrzeni trudnym relacjom międzyludzkim. Zaangażowanie do filmu prywatnie powiązanych aktorów, sprawiło, że relacje bohaterów były odegrane bardzo naturalnie. Bawiące się dzieci nie recytowały kolejnych kwestii, wszystko wyglądało, jakby było kręcone spontanicznie.

Ostatnie sceny pokazywane są z perspektywy Kai. Już wtedy widzimy, że jej świat jest inny. Wyróżniające się dźwięki z zewnątrz czy głośne myśli sprawiają, że wchodzimy w głąb jej sfery. Szelc celowo dozuje nam informacje o kobiecie, przez co sama postać Kai sprawia, że zaczynamy odczuwać strach przed nieznanym.

O dziele młodej reżyserki mówi się, że wpłynie ono na polską kinematografię. Takiego filmu jeszcze polska publiczność zapewne nie widziała. Jest trudny w odbiorze, a jednocześnie angażujący widza. Do końca zadajemy sobie wiele pytań, na które nie jesteśmy w stanie  odpowiedzieć. Z pewnością  nie jest to kino dla każdego, mnie osobiście ono zmęczyło. Zbyt dużo tu niewyjaśnionych wątków, wielkie pole do interpretacji oraz otwarte zakończenie sprawiają, że film staje się pusty w środku. Jedynie budowanie emocji w widzu tworzy  coś, czego nie jesteśmy wstanie odczuć w żadnej innej historii

Trzeba się wiele namęczyć, aby znaleźć tu sens, niewątpliwie Jagoda Szelc zrobiła  coś nadzwyczajnego, nowego, niezrozumiałego i także ciekawego.

Za tę ciekawość właśnie wystawiam mocną piątkę.

Aleksandra Becker