„Wieża. Jasny dzień”: Wiele hałasu o nic

„Wieża. Jasny dzień”: Wiele hałasu o nic

Już wstępne, kuluarowe opinie i reakcje zapowiadały duże wydarzenie, a gdy film został okrzyknięty najlepszym debiutem reżyserskim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, tym bardziej wzrosło zainteresowanie wobec „Wieży. Jasny dzień”.

Początek „Wieży…” przypomina paradokument ze spotkania rodzinnego, którego członkowie za wszelką cenę starają się utrzymać pozory zgody i spokoju. Szelc przełamuje jednak konwencję typowego polskiego filmu o katolickiej rodzinie mieszkającej na wsi. Nie jest to więc zabłocona droga, chylące się do ziemi strzechy i wszechobecny brud. Również główni bohaterowie nie wpisują w stereotypowy obraz mieszkańca wsi, którego gdzieś w zapomnianym krańcu Polski otacza beznadzieja i brak jakichkolwiek perspektyw.

Poznajemy Mulę (Anna Krotoska) i Andrzeja (Rafał Cieluch), którzy przygotowują się do komunii świętej swojej córki – Niny (Laila Hennessy). Na uroczystość dołącza dowcipny brat Muli, Andrzej (Rafał Kwietniewski), jego żona Anna (Dorota Łukasiewicz) i dzieci, a także od lat niewidziana siostra – Kaja (Małgorzata Szczerbowska). Jej nagły powrót nie tylko burzy spokój rodzinny Muli, ale również zdaje się zapowiadać coś poważniejszego. Jak mów sama Jagoda Szelc, „Wieża…” wraz z rozwojem historii ma przeistaczać się z dramatu psychologicznego w horror filozoficzny.

Kanwę dla budowania napięcia stanowią relacje rodzinne i narastający konflikt między dwiema siostrami. Załażeniem „Wieży…” jest wzbudzić w widzu szerokie spektrum emocji. Niestety, cel ten nie został do końca osiągnięty. Biorąc pod uwagę charakter filmu, nieodpowiednim zdaję się być styl aktorski kojarzony z niektórymi współczesnymi polskimi serialami. Szelc zależało na utrzymaniu filmu w naturalistycznym stylu. Choć z dialogami w „Wieży…” jest dużo lepiej niż w większości polskich filmów, to wciąż wybija się pewna teatralna maniera deklamacji, która jest problemem wielu naszych aktorów. Na tle reszty obsady wyróżnia się Anna Krotoska jako Mula. Pokazuje, że potrafi zagrać twarzą i całym ciałem wcielić się w rolę. Frustracja i dyskomfort jej bohaterki biją z ekranu autentycznością. Na szczególną uwagę zasługuje też kreacja Bogusławy Sztencel. W roli matki głównych bohaterek kradnie każdą scenę i daje prawdziwy aktorski popis, z którego przykład powinni brać pozostali członkowie obsady.

Z przytłumionego konfliktu dramatu rodzinnego film stopniowo nabiera atmosfery grozy. Bohaterowie i widzowie tracą orientację, czy enigmatyczne wizje to jedynie senne koszmary, czy rzeczywistość. Jednak przy całej aurze tajemniczości i niedopowiedzenia „Wieża…” jest momentami zbyt dosłowna. W szczególności dotyczy to centralnej bohaterki – Kai. Już pierwsze ujęcie i sposób jej przedstawienia odbiera widzowi możliwość rozstrzygnięcia, czy niechęć Muli do siostry nie jest tylko spowodowana jej własnymi uprzedzeniami. Niestety, Kaja jest postacią tak oczywistą i przerysowaną, że osobliwe zjawiska następujące po jej przybyciu zupełnie nie zaskakują. Do eskalacji nastroju niepokoju Szelc angażuje również postaci dziecięce, co jest zabiegiem już tak ogranym, że aż rozczarowującym.

Chociaż klimat horroru i narastające napięcie intrygują, to wydają się prowadzić donikąd. Przypadkowość surrealistycznych scen ma zapowiadać nieuchronną utratę kontroli nad własnym życiem. Jednak w efekcie film wydaje się pozbawiony jednej myśli przewodniej. Mnogość dotychczasowych propozycji na przesłanie filmu (doszukujących się m.in. treści antykapitalistycznych, duchowo-religijnych, ekologicznych, apokaliptycznych, nadnaturalnych) sugeruje brak spójności pomiędzy logiką i estetyką poszczególnych scen. „Wieża…” chwilami nasuwa skojarzenie z amerykańskim hitem z 2015 roku – „Czarownicą”. Wspomniany horror jest równie tajemniczy, ale przynosi widzowi poczucie, że przedstawione wydarzenia dają pewność interpretacji. W „Wieży…” tej pewności brakuje. Finał próbuje nadać całości filozoficzny i metafizyczny wymiar, ale w rzeczywistości jest rozwiązaniem raczej leniwym. Film nie proponuje żadnej wizji świata, postawy moralnej czy systemu wartości. Co nie znaczy, że daje możliwość wyboru ideowego przesłania – po prostu żadnego w nim na ma. Jego zakończenie ma to zamaskować i nadać mu pozory głębokiego sensu.

Nie zawodzi za to strona wizualna. Odrealniony klimat osiągnięto dzięki rewelacyjnym zdjęciom i zaskakującym rozwiązaniom montażowym. W pierwszej części filmu paradokumentalna praca kamery sprawia, że widz ma wrażenie, iż jest jedynie przypadkowym świadkiem trudnego spotkania rodzinnego, by następnie przejść do nagłych zbliżeń i płynnych ujęć sygnalizujących oniryczny wymiar osobliwych wizji i wydarzeń.  Sama realizacja zdjęciowa finału przeprowadzona jest po mistrzowsku.

„Wieża. Jasny dzień” ma ogromne ambicje, którym niestety brak konsekwencji. Momentami jest to film niezły. Jednak nie jest tak oryginalny i genialny, żeby wyśpiewywać o nim peany, jak zdążyło już zrobić wielu krytyków. Trzeba jednak oddać, że jest to debiut odważny, który zapowiada Jagodę Szelc jako reżyserkę wierną swojej wizji.

Kinga Erzepki