Wieczorowy kurs odkochiwania. O „Czułości” Emilii Zielonki

Wieczorowy kurs odkochiwania. O „Czułości” Emilii Zielonki

Pokój w hoteliku na uboczu, dwoje zakochanych nastolatków, wątłe dialogi, a zamiast nich opowiadanie nagością, intymnością i tytułową czułością. Nie, nie będzie o tym, o czym wydaje się, że będzie.

Skulona dziewczyna na podłodze hotelowej łazienki. On podchodzi, bierze jej twarz w dłonie, delikatnie gładzi po włosach, dotyka policzka. Patrzy w zamglone oczy i całuje w czoło. Ociera jej twarz ręcznikiem i pomaga wstać, bo wie, że ona już za chwilę będzie się zwijać się z bólu podczas przeprowadzanej na własną rękę aborcji. Za pomoc zapłaci mu oschłym spojrzeniem i niemym wyrzutem. Nie pozwoli się więcej dotknąć, bo po przekroczeniu pewnej granicy dotyk przestaje być pieszczotą, a zaczyna kojarzyć się z bólem.

W ciągu jednej nocy rozgrywa się historia śmierci być może pierwszego poważnego uczucia oraz narodzin obcości i dystansu do człowieka dotychczas najbliższego. Widać to w początkowo ufnych i troskliwych, a później coraz bardziej przerażonych i wrogich spojrzeniach. Wspólny problem i wspólna tragedia wcale nie zbliżają. Wręcz przeciwnie − choć oboje znaleźli się w tym samym pokoju, to każde z nich jest w swoim strachu i bólu samotne.

Hotelowa noc to także przyspieszony kurs dorosłości. Pierwsza tak trudna decyzja, pierwsze przyjęcie odpowiedzialności nie tylko za siebie, lecz także za drugiego człowieka. I doświadczenie, które zmienia na zawsze. W tym kontekście szczególnie wymowna jest scena końcowa. Nastał ranek, a dwoje ludzi zupełnie się odmieniło − już nie wyglądają na młodych i ufnych. Milczą tylko naprzeciwko siebie, jakby przybyło im lat. Bo i co mieliby mówić? Wydaje się, że dziewczyna czeka na choćby słowo otuchy czy pocieszenia; na zapewnienie, że nic się między nimi nie zmieniło; na banalne „wszystko się ułoży”. On jednak nie może jej tego powiedzieć, nie chce kłamać. Rozchodzą się każde w swoją stronę. W ten sposób „Czułość” bez zbędnych słów opowiada o podejmowaniu dramatycznych decyzji i trudach sprostania próbie, której wagę nie sposób sobie wyobrazić.

„To mój nos i co ci do tego? Mogę z nim robić, co mi się podoba” – czyta chłopak w jednej ze scen. O to, czy z własnym ciałem można robić, co się komu podoba, spiera się od czasu do czasu cała Polska. „Czułość” nie udziela odpowiedzi. Jest raczej przestrogą. Wywołuje dyskomfort, lecz zupełnie inny niż ten, który wywoływał film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” Cristiana Mungiu. Tam uwagę przykuwały odtworzone z pietyzmem procedury i warunki nielegalnego zabiegu oraz towarzyszące mu zagrożenia. Była to jakby werystyczna sekcja nielegalnego procederu, autopsja, która pozwalała niemal poczuć, jak to jest naprawdę. Natomiast Emilia Zielonka nie skupia się na technicznej stronie aborcji, lecz na stanach psychicznych i emocjonalnych osób, które jej dokonują. Subtelnie i bez zbędnych słów pokazuje wewnętrzną przemianę bohaterów. Każe zastanowić się nad tym, jak to możliwe, że zwykła dziewczyna pokochała zwyczajnego chłopaka, ale nie kochała poczętego przez niego dziecka. A może właśnie kochała? Może zabijając tę miłość, oboje zabili też uczucie, które ich łączyło?

„Czułość” nie daje jednak jednoznacznych odpowiedzi na żadne pytania – i właśnie w tym tkwi jej największa siła. Pokazuje problem, zgłębia go i przestrzega przed wiążącymi się z nim trudnościami. Ale niczego nie rozstrzyga. Zostawia miejsce dla widza, który sam musi wszystko przetrawić i wyciągnąć wnioski. Bo z punktu widzenia etyki aborcje u Mungiu i u Zielonki są takie same. Mimo że lata mijają, zmieniają się politycy, a nawet ustroje państw, to dramaty młodych ludzi – zwłaszcza kobiet pozbawionych opieki medycznej i wsparcia w tak trudnych dla nich chwilach – pozostają takie same. Może tylko hotele są dzisiaj trochę ładniejsze.

Weronika Rzeżutka


Praca nagrodzona pierwszym miejscem w konkursie na recenzję filmu krótkometrażowego Młodzi o Młodych!