W kręgu McSzmiry. Rzecz o chłopcu, który smażył burgery. O „Fastfoodzie” Eryka Lenartowicza

W kręgu McSzmiry. Rzecz o chłopcu, który smażył burgery. O „Fastfoodzie” Eryka Lenartowicza

„Fastfood” (2014) rozpoczyna się dość niepozornie, jak na dzieło opatrzone cytatem z Charlesa Bukowskiego. Ujęcie otwierające film przedstawia bowiem naczynie wypełnione frytkami, smażonymi na głębokim tłuszczu. Następnie oczom widza ukazuje się twarz chłopaka w planie wielkim, wyrażająca zdecydowanie mniej niż tysiąc słów. Od tego momentu staje się jasne, że frytki w utworze Eryka Lenartowicza, podobnie jak sowy, zamieszkujące jeden z najpopularniejszych lasów świata, nie są tym, czym wydają się na pierwszy rzut oka.

Codzienność Roberta (w tej roli charyzmatyczny Marek Kossakowski), którego skamieniałe spojrzenie można podziwiać już w pierwszej minucie filmu, sprowadza się do wznoszenia burgerowych pagórków z pomidorów, mięsa i sałaty oraz smażenia ich na rozgrzanej patelni w towarzystwie bestialskich ziemniaków, pokrojonych w kształt niepozornych słupków. Z obserwacji bohatera można wysnuć wniosek, iż prawdopodobnie przywyknął już do pracy w lokalu szybkiej obsługi i ani myśli ją porzucać. Z niespodziewanego wyznania Roberta, mającego miejsce w kuchni, widz dowiaduje się natomiast o jego traumie po śmierci niejakiej Marty. Poza tym trudno właściwie ustalić faktyczny przedmiot rozmyślań bohatera, gdy jadąc windą, drży na widok kudłatego psa sąsiadki lub też beznamiętnie wpatruje się w, białą jak kreda, ścianę własnego pokoju. W takich momentach na pomoc odbiorcy przybywają kilkusekundowe „flashe”, ukazujące surrealistyczne wizje protagonisty, których styl nawiązuje do poetyki świadomego snu.

Wkraczający z impetem do świata Roberta Janusz (grany przez Jacka Lenartowicza) burzy, i tak już wątpliwej jakości, spokój głównego bohatera. Tajemniczy lokator w średnim wieku odkrywa przed nim, niepozbawioną skrzydlatych, acz wulgarnych sformułowań, prawdę objawioną, usiłując następnie przeprowadzić swoistą inicjację młodzieńca. Kilka godzin później mężczyzna umiera na skutek zagadkowej awarii, a Robert, w spadku po impulsywnym sąsiedzie, otrzymuje strzelbę, dzięki której w kulminacyjnym punkcie utworu pacyfikuje frytki rumieniące się na firmowej patelni. Zarówno opisana scena, jak i poprzedzająca ją sekwencja, okazują się jednak wytworem wyobraźni bohatera.

Lenartowicz opowiada o walce z bezsilnością, urastającą do rangi umysłowego kalectwa. Ów marazm objawia się w charakterze obezwładniającej dysfunkcji, tak chętnie przypisywanej przedstawicielom pokolenia millenialsów. Robert, chcąc nie chcąc, przejmuje odpowiedzialność za swoje życie z rąk abstrakcyjnego bytu, kryjącego się pod płaszczykiem etosu dorobkiewiczów. Ten akt pozwoli mu na poskromienie własnej bezradności, w chwilach gdy, jak sam przyznaje, wszystko wie, „ale tylko teoretycznie”.

Rzeczywistość przedstawiona w utworze kreowana jest więc przez reżysera głównie w oparciu o sferę przeżyć wewnętrznych pierwszoplanowej postaci, co w połączeniu z powściągliwą grą Kossakowskiego dobrze sprawdza się na ekranie. Reminiscencje bohatera dostarczają oglądającemu skondensowanej wiedzy na temat źródła traumy Roberta, natomiast ascetyczna scenografia akcentuje jego wyobcowanie. Leitmotiwy w formie czerwonych i żółtych detali nie mają zaś wyłącznie sygnalizować logotypu światowej sławy potentata w branży ekspresowej gastronomii. Ich wymowa wybiega dalece poza zbanalizowany obrazek konsumpcjonizmu jako krwiożerczej machiny bez dna. Bliżej im raczej do wyrażania niemego krzyku otępiałej jednostki niż manifestowania wytartych truizmów.

Warstwa wizualna utworu budzi w dodatku skojarzenia z chłodnawą estetyką uniwersum spod znaku Roya Anderssona. Lenartowicz, podobnie jak reżyser „Pieśni z drugiego piętra” (2000), w zdecydowanej części swojej etiudy operuje statycznymi kadrami, utrzymanymi w szarej tonacji. Mają one zapewne eksponować bezsens egzystencji zidiociałego bohatera, który od urodzenia tkwi w życiowej próżni. Beznamiętna postawa Roberta przywołuje więc na myśl zdziwaczałe zachowania postaci o kamiennych twarzach rodem z czarnych komedii szwedzkiego twórcy. Protagonistę „Fastfooda” odróżnia od nich jedynie wymuszona chęć uwolnienia się z sideł codziennego absurdu.

W toku rozwoju akcji nieszczęsna frytka staje się wręcz przedmiotem pożądania chłopaka, wyjętym jakby wprost z opracowań poczytnych psychoanalityków. Ziemniaczany plaster stanowi substytut czegoś, co zostało przez Roberta bezpowrotnie utracone, będąc jednocześnie symbolem unicestwienia, równoznacznym z pozbawieniem człowieka tchu. Na szczęście dla bohatera kartoflana mara w końcu się rozmywa. Kiedy to się dzieje, składa on kolejną kanapkę niczym wieniec ku czci zmarłej dziewczyny, podczas gdy jego koledzy żywo dyskutują na temat cech różniących klasyczne pasemka od balejażu (swoją drogą oznaczającego „zamiatanie”, co niejako współgra z pedantycznymi zapędami młodzieńca). Zajmując miejsce Roberta, aż chciałoby się powtórzyć za Bukowskim: „Mózg się odłącza. Słucham. Reaguję. A oni są zbyt tępi, żeby zauważyć, że mnie w ogóle nie ma”.

Karolina Muszyńska


Praca nagrodzona wyróżnieniem w konkursie na recenzję filmu krótkometrażowego Młodzi o Młodych!