Transformacja na Wieży Babel. O „Zjednoczonych Stanach Miłości” Tomasza Wasilewskiego

Transformacja na Wieży Babel. O „Zjednoczonych Stanach Miłości” Tomasza Wasilewskiego

Transformacja ustrojowa w Polsce okiem Tomasza Wasilewskiego to kryzys końca wieku, polski fin de siècle, spowodowany życiem na kapitalistyczno-demokratycznych warunkach w rzeczywistości silnie ukonstytuowanej na estetyce oraz wartościach wywodzących się z komunizmu. W Zjednoczonych stanach miłości pojawia się całe mnóstwo przedmiotów, które pod swoją powierzchnią kryją wspomnienie PRLu – meblościanka, paprotki, kryształy w gablotce, dywany na ścianach, za duże swetry z powyciąganej wełny. Ukazany obraz transformacji nie rości sobie jednak praw do bycia realistycznym odzwierciedleniem tamtych realiów. Wysublimowana stylistyka filmu Tomasza Wasilewskiego ma przede wszystkim podkreślać emocje, które towarzyszą jednostce doświadczającej życiowego kryzysu w trakcie  wdrażania zmian na bardzo szeroką skalę. Zjednoczone stany miłości poprzez formę odpolitycznionej przypowieści opisują ważne procesy historyczne w skali mikro, czerpiąc tym samym z tradycji m. in. polskiej szkoły filmowej.

W filmie przeplatają się ze sobą historie czterech kobiet. Agata (Julia Kijowska) pracuje w wypożczyalni kaset VHS i dusi się w swoim niezbyt udanym małżeństwie, jednocześnie podkochując się w księdzu. Iza (Magdalena Cielecka) to dyrektorka prowincjonalnej podstawówki, a także onieśmielająca zachodnim stylem królowa lodu pokroju tytułowej Madame z powieści Antoniego Libery. Marzena (Marta Nieradkiewicz) to jej siostra, była wicemiss, która marzy o sesji u fotografa z Warszawy, kupuje jeansy z Pewexu, a nad łóżkiem wiesza plakaty z Whitney Houston. Ostatnia w kobiecej tetradzie pojawia się emerytowana nauczycielka – Renata (Dorota Kolak), która rozpaczliwie walczy o uwagę młodej i przebojowej sąsiadki, Marzeny. Każdą z kobiet łączy desperackie pragnienie miłości, której nie mogą otrzymać w świecie pełnym szarości oraz wiecznej stagnacji.

W Zjednoczonych stanach miłości już od pierwszej chwili manifestuje się stylistyczna inspiracja estetyką rumuńskiej nowej fali. Otwierające ujęcie w postaci nieruchomego kadru przedstawiającego zebraną przy stolę rodzinę bardzo mocno nawiązuje do jednej ze scen z filmu 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni Cristiana Mungiu, gdzie operatorem był, podobnie jak u Wasilewskiego, Oleg Mutu. W obsypanym nagrodami dziele rumuńskiego reżysera przy pomocy analogicznego mastershota zaznaczano alienację głównej bohaterki wobec reszty zgromadzonej przy stole rodziny. Wychwyciwszy ten trop, można słusznie przypuszczać, że kobiety w Zjednoczonych stanach miłości również będą zmagać się z kryzysowym momentem swojego życia, niezrozumieniem i wyobcowaniem wobec reszty świata. A im dalej będzie postępować historia, tym naturalistyczne oraz społeczne doświadczanie rzeczywistości coraz częściej zacznie ustępować miejsca romantycznemu i psychologicznemu przeżyciu jednostki. W konsekwencji stylistyczny środek ciężkości przesunie się ze współczesnego, rumuńskiego realizmu w stronę zorientowanej na sferę uczuć, autorskiej perspektywy reżysera.

W filmie nie brakuje scen, w których wspaniale wybrzmiewa ewolucja filmowego warsztatu reżysera i zarazem scenarzysty filmu. Tomasz Wasilewski już w swoim pełnometrażowym debiucie sygnalizował szczególny sposób, w jaki jego bohaterowie prowadzą rozmowy. Niedopowiedziane kwestie, pytania bez odpowiedzi, przydługie pauzy, nagłe zmiany tematu, egzystencjalne pytania w środku small-talku – sytuacja komunikacyjna w twórczości reżysera była od zawsze jakby wyjęta z wiersza Szymborskiej Na wieży Babel, który rozpoczyna się pełną niezrozumienia wymianą zdań: „– Która godzina? – Tak, jestem szczęśliwa“. Debiutanckie W sypialni nie udźwignęło ciężaru takich dialogów, brzmiały one fałszywie i pretensjonalnie, a postaci je wypowiadające stawały się tym samym papierowe i śmieszne. W Płynących wieżowcach z rozmów bohaterów można było wydobyć już nieco więcej prawdy i naturalności, jednak wciąż bywały one odrealnione, a ich dziwna urywkowkość nadal sprawiała wrażenie sztucznego manieryzmu.

Natomiast w Zjednoczonych stanach miłości powiodło się nie tylko napełnienie dialogów emocjonalnym ciężarem, ale przede wszystkim znaczeniem i sposobem doświadczania wypowiadających je postaci, czego zabrakło w poprzednich filmach. Jednocześnie Tomasz Wasilewski nie musiał rezygnować ze swojego autorskiego stylu. Przykład świetnego dialogu znajdziemy w scenie, w której pijana Marzena pyta swoją siostrę, czy czuje się szczęśliwa. Po krótkiej pauzie Iza odpowiada ewidentnie nieszczerym „tak“, a następnie słyszymy niemrawą reakcję Marzeny, mówiącej, że ona także jest szczęśliwa i to bardzo przyzwoite z ich strony. Zarówno dobrze dobrany kontekst sceny jak i aktorskie wyczucie Marty Nieradkiewicz oraz Magdaleny Cieleckiej sprawiają, że dzięki tej krótkiej wymianie zdań dowiadujemy się bardzo wiele nie tylko o samych bohaterkach, lecz także o ich relacji, a nawet o historycznym tle tej rozmowy. Z jednej strony powyższy dialog uzmyzsławia, że obie siostry nie mają do siebie nawzajem wystarczającego zaufania, by zwierzać się ze swoich uczuć, a każda z nich woli raczej okłamywać innych i samą siebie, niż stawić czoła prawdziwym emocjom. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że to może już zalążki przyniesionej wraz transformacją i reklamami Coca-Coli fasadowej emocjonalności, która każe mieć przy sobie szczęśliwą maskę na każdą okazję.

Niestety nie wszystkie kwestie wybrzmiały równie kunsztownie, czego przykładem jest scena, w której chłopiec na lekcji religii nagle przerywa księdzu i wypala: „A ksiądz uprawiał kiedyś seks?“. Pytanie ma pośrednio odsłaniać przed widzem myśli zadurzonej w duchownym Agaty, ale wydaje się przy tym rażąco teatralną sytuacją. I choć moglibyśmy być świadkami interesującego starcia ludzkiej fascynacji seksualnością i religijnej tajemnicy celibatu, to takie zdanie w ustach niesfornego ucznia podstawówki nie ma w sobie nic z subwersyjnej siły, którą epatowało chociażby pytanie-petarda – „Miewasz czasami grzeszne myśli?“ – zadane niewinnej zakonnicy przez stalinowską prokurator w Idzie Pawła Pawlikowskiego. Słowa nie są jednak w Zjednoczonych stanach miłości najważniejszym źródłem informacji o filmowych bohaterkach. U Wasilewskiego język nigdy nie potrafi oddać uczuć jednostki, a żadne wyrażenia nie oddają przeżywanych aktualnie emocji. Istotną rola odgrywa zatem psychologizacja zachowań postaci, mimika twarzy bohatera, jego gesty, spojrzenia i nawet stojąca obok meblościanka z paprotką.

Opowiadanie obrazem ma tu niebagatelne znaczenie także ze względu na nienasycone barwy oraz interesującą kompozycję kadrów. Świetnym zabiegiem formalnym jest ukazywanie scen zbiorowych, zmniejszając dystans kamery względem aktorów i uzyskując tym samym efekt tłoku oraz duchoty. W ten sposób stwarza się wizualną reprezentację zmęczenia i napięcia towarzyszących komuś, kto przeżywa życiowy kryzys i jest zmuszony funkcjonować w dużych zbiorowościach, gdzie nie ma miejsca na jednostkowe stany depresyjne. Zgoła inaczej prezentują się ujęcia przedstawiające jedną lub dwie postacie – dystans kamery zwiększa się wtedy na tyle, że w kadrach powstaje dużo pustej przestrzeni mającej podkreślać samotność i życiową pustkę, jaką odczuwa osoba będąca na skraju załamania nerwowego. Podobną rolę pełnią przewijające się w filmie ujęcia zza głowy bohaterek, w których widać jedynie ich kark oraz przestrzeń przed nimi. Takie podążanie kamerą tuż za czyimiś plecami wydaje się wyjęte z filmografii Xaviera Dolana, który często w analogiczny sposób zaznacza wyobcowanie swoich postaci. Być może w pojawiających się po premierze Płynących wieżowców głosach, jakoby Wasilewski miał być polskim Dolanem, było ziarenko prawdy – w końcu obaj reżyserzy dzielą ze sobą emocjocentryczną perspektywę, a w ich filmach na pierwszy plan wysuwają się zawsze złamane przez los kobiety i osoby LGBT.

W Zjednoczonych stanach miłości na wielu płaszczyznach udało się oddać sposób doświadczania znamienny dla osób uwięzionych w apatycznej pułapce codzienności. Odzwierciedlenie złożonych stanów emocjonalnych jedynie za pomocą wyrywkowych momentów z życia danej postaci, bez uprzedniego ukazywania jej głębokiej historii, to ogromna siła filmu Tomasza Wasilewskiego. Natomiast słabością jest niekiedy wtórne romantyzowanie uczuć w imię przestylizowanej pozy – jak w scenie, gdzie w czarno-białej kolorystyce Agata ceremonialnie pali papierosa na balkonie. O ile taki wyraz życiowej pustki oraz braku satysfakcji jest ładny i czytelny, o tyle jest także płaski znaczeniowo. A Wasilewski wydaje się zbyt dobrze rozumieć psychikę człowieka, by wyrażać ją na ekranie za pomocą utartych schematów. Jednak pomimo epizodycznego nadęcia, poprzez aurę zagubienia i rozczarowania, udało się w Zjednoczonych stanach miłości świetnie uchwycić lęki okresu wczesnej transformacji, która proponowała jednostce gamę rozmaitych możliwości, jednocześnie nie udzielając wskazówek, które z nich powinno się wybrać.

Łukasz Kiełpiński


Praca nagrodzona drugim miejscem w konkursie na recenzję Młodzi o FPFF!