Tańcz, tańcz, mała syrenko. O „Córkach Dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej

Tańcz, tańcz, mała syrenko. O „Córkach Dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej

Cierpimy w polskim kinie na niedobór folkloru nie będącego przelewaniem kieliszków do swojsko brzmiących pieśni weselnych. Filmowy świat, jeśli jest ukazywany przez pryzmat wiary, to zwykle katolickiej. Nie sięgamy do korzeni i tradycji, w którą tak pełna jest nasza słowiańska kultura. Przez ryzyko poniesienia klęski w cyfrach box office’u, już na etapie produkcji zwykle zwycięża twardy pragmatyzm, który trafi do prostego widza. Idąc na przekór tym trendom, Agnieszka Smoczyńska swoim debiutem obiera drogę, jaka będzie interesować widzów na całym świecie. I chociaż znane w Polsce pod kuriozalnym tytułem Córki dancingu okazały się niemałą porażką na rodzimym gruncie dystrybucyjnym – pomimo nagrody za najlepszy debiut podczas 40. Festiwalu Filmowego w Gdyni w 2015 roku – tak w Azji i Stanach Zjednoczonych musical otrzymał drugie życie za sprawą enigmatycznego tytułu The Lure. A uwodzące niczym syreni śpiew piosenki z filmu są obecnie prawdopodobnie najczęściej nuconymi polskimi utworami za granicą.

Od samego początku Smoczyńska dynamicznie konstruuje swoją wizję lat 80., tętniącego szantową energią, naszego własnego Boogie Nights z augustowskiej remizy. Przenosi tym samym widza w środek mieniącej się w jeziornych neonach sekwencji, która przypomina tę z filmu P. T. Andersona. Przedstawiony w niej nocny klub posłuży jako środowisko do wchodzenia w dorosłość dla dwóch syren – Złotej i Srebrnej. Co prawda opuściły one dopiero swój mazurski jeziorny raj, a już przyjdzie im odbyć brutalny i wymuszony coming-of-age. W powietrzu być może i czuć miłość, ale to bardziej atmosfera przeboju Donny Summers w wykonaniu Kingi Preis, a rzeczywisty zapach to zapowiedź nadchodzącej syreniej tragedii. Złota i Srebrna schodzą na ląd i zostają punktem specjalnym wieczornych występów lokalnej grupy Figi i Daktyle. Stając się obiektem wykorzystywania, znajdują swój sposób na przetrwanie w miejscu, gdzie kulturowi emigranci mają wiecznie pod prąd. Pod tym względem nawet i dziś niewiele się zmieniło. Pytanie jednak brzmi – czy syreny doczekają zakończenia disneyowskiej wersji Małej syrenki, czy może podzielą okrutny los Ariel z baśniowego pierwowzoru?

Debiut Smoczyńskiej, który można odczytywać jako luźną interpretację Małej syrenki w świecie Siedmiu dziewcząt z Albatrosa, zdecydowanie przypomina widzom, jak bardzo brakuje nam w polskim kinie kultury regionalnej widzianej przez pryzmat popkultury. W trawestacji utworu Andersena wymieszano mazurski folklor, estetykę z ilustracji Aleksandry Waliszewskiej i esencję PRL-owskiego życia przefiltrowanego przez język popkultury. Ten hybrydyczny (jak sama syrena) charakter filmu służy jako tło poszukiwań lokalnej wersji amerykańskiego snu dwóch wyrzutków, który wygrywany jest w słowach utworów Ballad i romansów. Warstwa wizualna współgra z buntowniczym wydźwiękiem piosenek i pomimo nierówności w ich przedstawianiu, Córki dancingu po trzech latach od premiery wciąż prezentują świeżość i odwagę, której na próżno szukać u większości polskich debiutów. Syreni śpiew być może obudził polskie kino z letargu.

Smoczyńska buduje również przestrzeń do poszukiwań w sferze cielesności. Nie czyni co prawda ze swego filmu klasycznego body-horroru, ale wykreowana rzeczywistość, często ukazana w baśniowych i onirycznych barwach, w połączeniu z butelkowymi odcieniami PRL-u, jest idealnym miejscem do studium syreniego symbolu, także w kontekście sprawy polskiej. Kwestionuje też samą seksualność w dobie transhumanizmu, ale przez wykorzystywanie wspomnień z dorastania w latach 80., nie postrzega świata w świetle filozoficzno-intelektualnych dyskursów, stawiając na osobisty wydźwięk historii. Puszcza przy tym oko do kamery, co rozpina uwierający nieco gorset języka filmowej ekspresji i zachęca do trzymania się barierek promu płynącego na wyspę zwaną „wyobraźnią”. Syrena naturą swą zwodnicza, toteż kierunek, jaki Smoczyńska obiera w narracji, jest niemniej nieokiełznany.

Stworzenia te nie istniałyby również bez swego głosu. Największym smutkiem – przynajmniej według Kafki – jest bowiem ich milczenie, a reżyserka zdaje się podzielać to zdanie. Pod płaszczem ludzkiej formy tragedię syren odzwierciedlają postaci kobiece. Tłamszone przez system i patriarchalną rzeczywistość, walczą o swoje ledwie słyszalnym, niemalże niemym krzykiem. Silne na pozór, tytułowe Córki dancingu przeżywają tragiczny los milczących istot i zmuszane są do sprzedawania swoich syrenich cech w tańcu i śpiewie. To właśnie za kurtyną musicalowych sekwencji odbywają się największe dramaty, które wybrzmiewają zarówno w płaszczyźnie fabularnej, jak i rezonują jako artystyczny manifest debiutantki. Słowami jednej z piosenek, Smoczyńska pyta: „czego nam jest brak” – a odpowiadając w kontekście polskiego kina: na pewno szaleństwa i być może odrobiny wyobraźni.

Całe szczęście, że ostatnie lata przyniosły nam odpowiedź na przytoczone wyżej pytanie. Prezentuje się ona w postaci Smoczyńskiej i Jagody Szelc, które stronią od kina mieszczącego się w granicach rozumu, a idą w kierunku naszej jakże bogatej tradycji teatralnej o myśli przewodniej zawierającej się w emocjach. W tej chwili bowiem, zdecydowanie bardziej potrzebujemy nie interpretowania i rozumienia, a emocjonalnej i wizualnej immersji. Tym bardziej tezę tę zdają się potwierdzać drugie fabuły przedstawicielek kreującej się powoli młodej fali polskiego „tu i teraz” – Fuga (reż. Agnieszka Smoczyńska, 2018) i Monument (reż. Jagoda Szelc, 2018), które są filmami odważnych poszukiwań: stylu i własnych ścieżek. Tym razem jednak, poza zagranicznymi sukcesami, Smoczyńska może liczyć na poklask w kraju, a obserwowanie jej dalszego rozwoju będzie zwyczajnie przyjemnością.

Łukasz Mańkowski


Praca nagrodzona wyróżnieniem w konkursie na recenzję Młodzi o FPFF!