Szymon Pawletko: O filmie „I twoją matkę też” (2001)

Szymon Pawletko: O filmie „I twoją matkę też” (2001)

I Twoją matkę też rozpoczyna — zgodnie z jedną ze scenopisarskich zasad — scena łącząca w sobie wszystkie cechy filmu Cuaróna; oddająca jego nastrój i wprowadzająca widza w akcję in medias res. Scena na pierwszy rzut oka niepozorna – dwa ciała połączone w seksualnym akcie (choć znacznie bliżej tu do niewygładzonej sceny seksu z otwarcia Przedstawienia [1970] Nicolasa Roega, niż poetyckiej plątaniny kończyn z Hiroszimy, mojej miłości [1959]). Nastoletnie ciała wykonują niecierpliwe i trochę niezdarne ruchy. Z dialogu pomiędzy Tenochem (Gael Garcia Bernal) a jego dziewczyną Aną (Ana López Mercado) dowiadujemy się, że ta następnego dnia wyjeżdża z Meksyku w podróż po Europie, co budzi niepokój w (młodzieńczo zazdrosnym) chłopaku. Para obiecuje sobie wzajemną wierność, po czym dźwięk nagle zostaje odcięty na rzecz niediegetycznego głosu narratora, płynnie przeprowadzającego nas do następnej sceny. Wraz z wyciszeniem dźwięku od kochanków oddala się też kamera i na koniec sceny praktycznie opuszcza pokój po dwuminutowym, nieprzerwanym ujęciu. Ale jest tu ukryty jeszcze jeden detal — drobnostka, którą przeoczyłem przy pierwszym seansie — pozornie nieistotna, ale uosabiająca wielkość Cuarona jako reżysera, a mianowicie odległy dźwięk syren niekomentowany przez bohaterów, zagłuszany ich rozmową, ale jednak słyszalny. Bo w I twoją matkę też na pierwszy plan wychodzi tło —-niezauważany przez bohaterów, a obecny przez cały czas ciąg politycznych konfliktów, klasowych uwikłań (a wreszcie dychotomia pomiędzy życiem prywatnym a publicznym).

Zza głów bohaterów czasem wyłania się plakat Harolda i Maude (1971) Hala Ashby’ego — i nie bez powodu. I twoją matkę też także jest filmem o zetknięciu dwóch światów i przejściu z jednego do drugiego: świata dorosłego i młodzieńczego, choć różnice wieku nie są oczywiście aż tak znaczne jak w filmie Ashby’ego, opowiadającego o miłości osiemdziesięciolatki i nastolatka. Do świata młodzieńczego należą u Cuaróna (do czasu) osiemnastoletni Tenoch i Julio (Diego Luna) — jego najlepszy przyjaciel, którego dziewczyna także wyjeżdża do Europy. Do świata dorosłego należy natomiast Luisa (Mirabel Verdu), 28-letnia żona kuzyna Tenocha. Chłopcy poznają Luisę na wystawnym ślubie krewnej Tenocha i kiedy po dwóch minutach znajomości rzucają propozycję wspólnego wyjazdu na plażę o wymyślonej pod wpływem chwili nazwie Usta Nieba (hiszp. Boca del Cielo), nie podejrzewają, że coś może z tego wyjść. Ku ich zaskoczeniu, kiedy Luisa dowiaduje się o niewierności męża, decyduje się na w kilkudniową podróż. Podróż przepełnioną niecierpliwym, głodnym pożądaniem, które spełnienie uzyska dopiero w seksualnym trójkącie stanowiącym punkt kulminacyjny filmu. Scenariuszowo zresztą film Cuaróna jest elegancko skrojony i precyzyjny — struktura z wyraźnym i określonym celem (dotarcie na plażę) pozwala bez większych trudności wyszczególnić trzy akty: (1) zdarzenia w stolicy, (2) podróż, (3) pobyt na plaży, oraz (koda) wieńczący film kilkuminutowy epizod rozgrywający się z powrotem w Mexico City.

Ale I twoją matkę też jest też na poziomie struktury nieco łobuzerskie — zarówno otwarcie, jak i główny punkt zwrotny (ang. point of no return) w połowie filmu, a także wspomniany wyżej punkt kulminacyjny stanowią sceny seksu, co można czytać jako wyraz buntu Cuaróna wobec Hollywood, gdzie nakręcił dwa wcześniejsze filmy (i gdzie seks i nagość — szczególnie męskie full frontal — wciąż pojawiają się stosunkowo rzadko. Ale to nie jest jedyny powód dużej ilość seksu i niedwuznacznych rozmów (według IMDb słowo fuck w angielskim tłumaczeniu pada w filmie 57 razy), bo I Twoją matkę też to nie Amarcord (1975) Felliniego, będący zbiorem nieprzyzwoitych scenek. Zamiast tego autentyczna i trafna opowieść o dojrzewaniu i ulotności świata, umiejąca uderzyć także w poważniejsze nuty. Finał I twoją matkę też jest bowiem zdecydowanie pesymistyczny i odmieniający nasz odbiór całości filmu, bo o ile chorobę Luisy dało się przewidzieć (wizualna metafora wchodzącej w głąb morza kobiety w ostatniej scenie budzi wręcz pewne obiekcje), o tyle ostatnie spotkanie Julia z Tenochem i zdanie narratora, że nigdy już się nie spotkają, zostawia widza ze sporym poczuciem goryczy.

Ale I twoją matkę też należy traktować raczej jako film polityczny, niż kino spod znaku coming-of-age. Choć w filmie nie pada nazwa rządzącej partii, ani nazwisko prezydenta — a poglądy bohaterów ograniczają się do stwierdzenia “wszyscy politycy to dupki” — to politykę czuć tu na każdym kroku i w (prawie) każdej scenie. Dzieje się tak za sprawą elementów w rodzaju syren policyjnych z otwarcia; przetaczających się raz za razem przez Mexico City demonstracji; potrąconego emigranta, czy wojska pojawiającego się gdzieś na granicy kadru — elementów praktycznie nieobecnych w głowach bohaterów, pozostających w tle, ale nieustannie przypominających, że mamy do czynienia punktem zwrotnym w historii Meksyku. Meksyk dorasta bowiem razem z bohaterami i wchodzi we własną dorosłość: demokrację. Chwilę przed tym, jak chłopcy na zawsze się pożegnają, słyszymy od narratora, że partia rządząca przegrała wybory pierwszy raz od 71 lat. I w takim kontekście dziwi aż tak pesymistyczne zakończenie filmu, choć odpowiedzią może być kolejny z cichych motywów I Twoją matkę też — a mianowicie nierówności społeczne i system klasowy. System determinujący rolę, z których bohaterowie ani razu nie wyjdą, traktując z pewnym pobłażaniem pochodzących z niższych klas barmanów, mieszkańców mijanych wiosek i — co najbardziej rzuca się w oczy — Thuya, rybaka i przewodnika po Boca del Cielo, który funkcjonuje jako hybryda domowego zwierzaka i młodszego kolegi, mogącego dopomóc w żarcie (scena na motorówce, w której potwierdza istnienie Boca del Cielo). Później staje się on zabawną ciekawostką (gra w piłkę), z której zdaniem i tak nikt się nie liczy (jedna z moich ulubionych scen filmu, kiedy przy wznoszeniu toastu chłopcy kilkukrotnie do niego krzyczą, nie oczekując odpowiedzi). Zauważmy też, że relacja chłopców z Thuyem nie jest usankcjonowana w sposób, na który wskazywałaby relacja; Thuy wynajmuje chłopcom i Luisie pokój, sprzedaje ryby i wozi motorówką; wszystko to za pieniądze. Trudno mówić tu o przyjaźni (a w dodatku jest od nich przynajmniej o kilkanaście lat starszy).

Inaczej maluje się relacja Luisy z żoną Thuya — jest ona oparta na pomocy, szacunku i czymś w rodzaju kobiecej solidarności, która mocniej wybrzmi w opus magnum Cuarona, czyli Romie (2018). Z Romą łączy I twoją matkę też jeszcze przynajmniej kilka rzeczy. Trudno odgonić wręcz wrażenie, że Meksykanin przeczuwał już w 2001 roku, że kiedyś nakręci Romę. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że poświęca aż trzy ujęcia na pokazanie Leodegrarii (służącej w rodzinie Tenocha, wnoszącej mu kanapkę do pokoju). Może się to nie wydawać dużo, ale w filmie, w którym najdłuższe ujęcie trwa więcej niż pięć minut, większość scen jest inscenizowana bez cięć (w dodatku w filmie tak świadomie i dojrzale wyreżyserowanym), trzy ujęcia to bardzo dużo. W dodatku kadrowane są one podobnie do zdjęć Romy. Ale to nie wszystko. Obydwa filmy łączy także perspektywa, z jakiej prowadzona jest narracja: punkt widzenia kogoś snującego gawędę o przeszłości i o minionym świecie. W nowszym z filmów perspektywa ta uzyskana zostaje głównie dzięki czerni i bieli oraz wizualnym metaforom (chociażby wszechobecnej wodzie, czasem obecnej także w I twoją matkę też); w starszym natomiast zagłębianie w przeszłość sygnalizuje kadrowanie (częste “zaglądanie” kamery przez okna, odbicia w szybach i charakterystyczne ruchy w rodzaju wchodzenia i wychodzenia z pokoju).

Uczucie to dodatkowo wzmaga narrator, którego zdecydowane uwagi nie pozostawiają wątpliwości, że chłopcy już nigdy się nie spotkają, a wygryziony przez korporacje Thuy nie wypłynie więcej na morze. Nie do końca wiemy, kto do nas mówi. Na pewno nie jest to realna osoba; już raczej Święty Mikołaj skrzyżowany z Wielkim Bratem — bezstronny i wszechwiedzący narrator wiedzący, że Tenoch podnosi u biedniejszego Julia deskę klozetową stopą; że Julio w wieku kilku lat przyłapał swoją matkę na zdradzie i że Luisa wstydzi się wypowiadać przy inteligenckich znajomych męża. Mimo kilku seansów filmu nadal nie jestem pewny, czemu ma to służyć; być może nadaje opowieści literackości, zaciera granicę pomiędzy publicznym a prywatnym (co wpisuje się temat filmu), ale może jest podporządkowane czemuś zupełnie innemu, co rozpoznam dopiero w przyszłości.

Jedno jest pewne: dalej będę próbował się dowiedzieć, bo I twoją matkę też jest filmem fascynującym i zyskującym z każdym seansem. Jest portretem młodości i Meksyku. I może mieć rację Slavoj Žižek, który powiedział, że nie trzeba rozumieć Meksyku, żeby obejrzeć I Twoją matkę też — trzeba obejrzeć I twoją matkę też, żeby zrozumieć Meksyk.