Szymon Pawletko: „Ludzkie dzieci” (2002) – niedoskonała Apokalipsa

Szymon Pawletko: „Ludzkie dzieci” (2002) – niedoskonała Apokalipsa

Pracując nad Ludzkimi dziećmi, Alfonso Cuarón zdecydowanie miał pojęcie o sztuce adaptacji — miał już na koncie były filmy na podstawie prozy Karola Dickensa (Wielkie nadzieje [1998]), F.H. Burnett (Mała księżniczka [1995]) i J.K. Rowling (w postaci — uznawanego przez krytyków za najbardziej udany film serii — Harry’ego Pottera i więźnia Azkabanu [2004]). Mimo to zdecydował się na zabieg niecodzienny i przeniósł na ekran powieść, której… nie przeczytał. Jak zdradził podczas wygłoszonego w Lodynie masterclassu, wraz z propozycją zrobienia Ludzkich dzieci (2002) otrzymał zajmujący stronę A4 synopsis powieści PD James, opisujący fabułę i świat przedstawiony. Meksykanin był na tyle pewny swojej wizji i pomysłu na film, że uznał, iż tyle mu wystarczy. Nie zwlekając, zabrał się do pisania scenariusza. Możliwe, że stało się to przekleństwem Ludzkich dzieci — scenariusz filmu pozostawia wiele do życzenia — ale Cuarónowska wizja świata, a szczególnie jej plastyczna strona, faktycznie zachwyca.

W centrum opowieści znajduje się Theo — dawniej bojownik i aktywista. Obecnie: mający problemy z alkoholem i chodzący w trenczu, ironicznie zrezygnowany urzędnik na państwowej posadzie, którego śmiało moglibyśmy postawić w jednym rzędzie z setkami wygranych na podobnej nucie filmowych policjantów i detektywów. Poznajemy go, kiedy kupuje kawę w (mającej kilkanaście sekund później wylecieć w powietrze) kawiarni, w której razem z kilkunastoma innymi osobami wpatruje się w newsy nadające wiadomość o śmierci najmłodszego człowieka na ziemi — osiemnastoletniego “Baby Diego”.

Te dwa zbiegi okoliczności zapowiadają właściwą intrygę, utkaną w dużej mierze z przypadku i często niezbyt logiczną. Intrygę, której skala jest tak przytłaczająca, że nie umiem w nią “wejść” emocjonalnie. Oto jest rok 2027; od 2009 z nieznanego powodu nie rodzą się dzieci. Cały świat pogrążony jest w kryzysie (o czym dowiadujemy się ze zdecydowanie nadużywanych w filmie programów informacyjnych), a jedyną oazą względnego spokoju pozostaje Wielka Brytania ze ściśle zamkniętymi granicami i nielegalnymi imigrantami zamykanymi w obozach dla uchodźców. W pamięć wbijają się obrazy Theo przechodzącego obok uchodźców czekających na wywiezienie w metalowych klatkach. W tym naprawdę dobrze wykreowanym świecie Cuarón chce opowiedzieć historię Kee: nielegalnej imigrantki, którą opiekuje się Julian (przywódczyni opozycyjnej podziemnej organizacji Fishes, a przy okazji była partnerka Theo). Theo w wyniku splotu okoliczności musi zmierzyć się z zadaniem odeskortowania ciężarnej na statek półmitycznego Projektu Humanitarnego — tajemniczej organizacji, o której wiemy głównie to, że jest “dobra”.

Tu właśnie pojawia się główna trudność, jaką mam z tym filmem. Sam koncept ratowania świata jest z założenia średnio pociągający — niezależnie od tego, czy są to kolejne filmy ze stajni Marvela, Armaggedon (1998) czy Dzień niepodległości (1996) — bo rezultat przeważnie pozostaje z góry znany, a reżyserzy dostają zdecydowanie za dużo okazji do podbijania napięcia patetyczną muzyką (i mniej lub bardziej ckliwymi aktami poświęcania kolejnych bohaterów „w imię sprawy”). Cuarón jednocześnie wpada w gatunkowe zasieki i je omija. Z jednej strony zdarzają się w Ludzkich dzieciach momenty, kiedy reżyser pełen jest śmiertelnej powagi i na przykład pokazuje Theo łkającego nad ciałem Julian przy akompaniamencie symfonicznej muzyki Johna Tavenera; tudzież na poważnie snuje narrację o bohaterach jako wybrańcach (Theo jest jedyną z testowanych osób, z którymi Julian umie przerzucać piłkę do tenisa stołowego używając jedynie ust; kocha go pies nietolerujący innych ludzi; podczas zebrania Fishes po nogawce wspina mu się mały kociak). Wyjątkowość Kee jest zdecydowanie oczywistsza ze względu na ciążę, ale jej opiekunka zostaje nazwana Miriam (co już jest nie tyle mało subtelne, co łopatologiczne).  Cuarón poświęca życia kolejnych bohaterów, z Theo na czele; z drugiej strony chyba ma świadomość, że całość jest trochę za bardzo patetyczna i próbuje wplatać momenty ironii, kiedy śmieje się z oczywistych skojarzeń ze świętą rodziną (Kee próbująca wmówić Theo, że jest dziewicą) albo z nadmiernej powagi całej sytuacji (Kee chcąca nazwać dziecko Bazooka), czy wprowadza postać Jasperam emerytowanego rysownika uprawiającego marihuanę i opowiadającego dowcipy o Brytyjczykach (w tej roli Michael Caine). Efektem jest trochę nieoczywisty rozkrok, skłaniający się jednak w stronę „poważnej” nogi. Mnie to zbytnio nie odpowiada.

Przy najprostszym odczytaniu stają się więc Ludzkie dzieci manifestem na rzecz wykluczonych: nielegalnych imigrantów, kobiet, a wreszcie samego Theo, odrzuconego przecież przez społeczeństwo. Nikogo nie zdziwi, że przy takim układzie „cudowne dziecko” okazuje się dziewczynką, do tego urodzoną w obozie dla uchodźców. Idee są słuszne, ale czy to wszystko działa w taki sposób jak powinno…? Czy postać Theo, przechodzącego w dodatku dosyć schematyczną przemianę, nie stanowi w istocie problematycznej figury „białego wybawcy”? W gruncie rzeczy tak, ale z jakiegoś powodu to nie razi. Może przez stosunkowo niskie wyeksponowanie genderowych kwestii w filmie; może przez specyfikę całej dosyć niecodziennej sytuacji. Ideologicznie i pod względem narracji o wykluczonych i przywracania podmiotowości systemowo odpodmiotowionym postawić można „Ludzkie dzieci” obok (chociaż trochę niżej) Romy (2018) – najlepszego filmu Cuarona, w którym w ramach wyżej wspomnianych kwestii „gra” już absolutnie wszystko. Jak udowodniła Roma, wystarczyło przesunąć akcent jeszcze dalej w stronę kobiet i mocniej uczłowieczyć bohaterkę — bo służąca Cleo z Romy wprawdzie jest wyjątkowa (vide scena przy treningu sztuk walki, kiedy Cleo jako jedyna z kilkuset osób jest w stanie utrzymać się na jednej nodze z zamkniętymi oczami), ale nie jest społecznym wyjątkiem, co pokazuje Cuaron w jednym z najpiękniejszych obrazów Romy, w którym kamera delikatnie się podnosi i znad sznuru prania filmowych odpowiedników rodziny Cuaronów wyłaniają się inne sznury prania, które musiały wywiesić „inne Cleo” i „inne Lulu” (jak nazywała się odpowiedniczka Cleo w prawdziwym świecie).

Niemniej Ludzkie dzieci można czytać jeszcze na jednym poziomie: trochę głębszym, chociaż nieprzesadnie zakamuflowanym, a mianowicie jako opowieść o wierze. Wierze ocalonej w świecie pozbawionym nadziei, perspektyw — a nawet następnych pokoleń. Wierze dobrej i złej: bo o ile wiara Jaspera, Julian czy Theo sprzed kilkunastu lat w słuszność rzeczy, o której walczą (istnienie Projektu Humanitarnego i możliwy ratunek dla gatunku ludzkiego) nadają ich życiu wartość i prowadzą je w dobrym kierunku, tak cyniczna wiara reszty Fishes służy raczej do realizacji własnych celów. Głównym obiektem wiary w Ludzkich dzieciach jest Projekt Humanitarny, o którym my nie wiemy zupełnie nic — w zasadzie jedyną informacją na jego temat, poza rzekomym istnieniem jest sposób porozumiewania się z Fishes. Sposób, który początkowo wydawał mi się jedną z fabularnych dziur (wciąż tego nie wykluczam), ale teraz wydaje mi się logiczną podstawą do pewnego poziomu meta. Projekt sam nawiązuje kontakt z Julian i ta jest jedyną osobą z organizacji, z którą się komunikują. Komunikują przez system „luster” – czegoś na zasadzie ludzkich serwerów proxy, przesyłających dany komunikat odpowiednią liczbę razy zanim trafi do właściwego odbiorcy, dzięki czemu niemożliwe jest łatwe odnalezienie nadawcy, ale co jednocześnie uniemożliwia zainicjowanie kontaktu przez samą Julian. W takiej sytuacji kontakt musiał zostać bardzo szczęśliwie nawiązany około momentu, w którym Julian w jakiś (nieokreślony w filmie) sposób objęła opiekę nad ciężarną Kee. Albo więc mamy do czynienia z brzemiennym (nomen omen) w skutki zbiegiem okoliczności, albo Projekt wiedział lub w jakiś sposób wywołał cudowne poczęcie. Implikowanej tu metafory chyba nie muszę za bardzo tłumaczyć: chrześcijaństwo wyłania się z tego obrazu w pełnej krasie, Julian staje się świętą prorokinią, Theo Józefem, a Jezus kobietą. Przepisanie, muszę przyznać, całkiem odważne.

W idealnym świecie mógłbym uznać, że nie do końca logiczny scenariusz to kolejny poziom meta i testowanie wiary widza, ale w obliczu takich kiksów, jak niewystawienie chociażby jednego strażnika podczas pobytu Fishes na farmie, jakiegoś masowego doświadczenia sacrum kilkudziesięciu żołnierzy przebywających na służbie, którzy decydują się puścić naszą „świętą rodzinę” wolno przez pole bitwy, tudzież kanał po prostu wychodzący z obozu dla uchodźców, muszę się poddać. Mimo nadmiernej przypadkowości, wspomnianych luk i mojego nieprzesadnego zaangażowania, pozostają Ludzkie dzieci jednym z jaśniejszych punktów filmografii Cuaróna — a już na pewno dowodem jego inscenizacyjnego i reżyserskiego mistrzostwa.