Szymon Pawletko: „Easy” S01E08: „Hop Dreams”

Szymon Pawletko: „Easy” S01E08: „Hop Dreams”

Nie wiem, na ile Joe Swanberg zaznajomiony jest z klasyką polskiej komedii, ale nie wykluczam, że na jakimś etapie swojego życia spotkał się ze słynnymi słowami inżyniera Mamonia i założył, że widzom też mogą się spodobać tylko te melodie, które raz słyszeli. Przepraszam, Panie Swanberg, ale to niestety tak nie działa. I bardzo mnie dziwi, że ktoś mógł być pomyśleć, że jest dobrym pomysłem umieścić w jednym sezonie serialu będącego antologią dwa prawie identyczne odcinki. Odcinki nie dość, że o tym samym, to z tymi samymi bohaterami i kilkoma prawie tymi samymi scenami. I sam w zasadzie jestem zdziwiony, bo tak jak w odcinku trzecim (“The Brewery Brothers”) działało moim zdaniem prawie wszystko, tak tu, pięć odcinków później (“Hop Dreams”) “klei się” już bardzo niewiele.

Już w samym koncepcie coś zgrzyta – garażowy, nielegalny browar braci zaczyna coraz lepiej funkcjonować, klientów jest coraz więcej, piwo szeroko rozprowadzane jest po chicagowskich domówkach. W końcu dociera do redakcji lokalnej gazety, której reporter Jason (Hannibal Buress, który jest równie wybitnym komikiem, co fatalnym aktorem). Jason zaczyna przygotowywać artykuł o Matcie (Evan Jonigkeit, który potrafi grać, ale przesadnie tego nie okazuje) i Jeffie (Dave Franco). Dla Matta stanowi to okazję do rozwoju interesu, która może zagrozić życiowemu status quo Jeffa. Znowu zestawione zostają więc te same cechy (dojrzałość i niedojrzałość), znowu są to ci sami bohaterowie, znowu Matt coś zataja, znowu ktoś zachodzi w ciążę, znowu bracia kłócą się o to samo w prawie tak samo zainscenizowanej scenie, znowu na końcu następuje pojednanie.

Zmienia się jedna zasadnicza rzecz – przestaje wiedzieć, po co ja to oglądam. A kiedy nie wiem, po co oglądam film (czy w tym przypadku serial), to zaczynam zwracać uwagę na różne rzeczy, na które zdarza mi się normalnie przymykać oko. Irytują mnie rozwiązania aktorskie (w ostatniej scenie Jeff i Matt dosłownie staja naprzeciwko siebie i stoją bez drgnięcia przez dobre kilka sekund, co jest strasznie nienaturalne, Sherri ma kilka momentów jakiejś strasznej mechaniczności w ruchach, jak gdyby reżyser powiedział aktorce, że ma się na kogoś patrzeć i ta przez kilkanaście sekund nie spuszcza wzroku z aktorskiego partnera lub partnerki), bezsensowne sceny w redakcji gazety, które powinny były wylecieć w montażu; prosta inscenizacja i reżyseria, które wcześniej wydawały mi się wyważone i minimalistyczne, nagle spadają do rangi prostackich i pozbawionych pomysłu. I szkoda mi i dziwnie się czuję, bo trudno mi zrozumieć, jak coś tak podobnego może mi się tak radykalnie “rozjeżdżać” w ocenie, bo mam w pamięci, że przecież kolejne podobne filmy Mike’a Leigh czy Johna Cassavetesa mam pooceniane na filmwebowe szeregi dziewiątek. Ale w tym rozkroku pomiędzy świadomością własnej domniemanej hipokryzji, a świadomością, że spędziłem te 25 minut zirytowany, nie mogę wybrać inaczej.

Ale chyba nie tylko powtarzalność jest bolączką “Hop Dreams”, bo kuleje tu także najważniejsza rzecz w przypadku seriali (nawet tych pozornie albo i niepozornie “filmowych”), czyli bohaterowie. I jeśli się nad nimi zastanowimy, to jest w nich jakoś niewiele, szczególnie w przypadku kobiet — Sherri, oprócz tego, że jest żoną Matta, jest miła i w jest ciąży. Z kolei Noelle jest trochę mniej nachalnie miła i troch mniej (bo dopiero w połowie odcinka się dowiaduje) w ciąży. Matt jest odpowiedzialny, Jeff jest irytującym gnojkiem. Nudno trochę, jednym słowem.