Piotr Zdziarstek: Świąteczna kastracja. „Wariackie święta” (1994)

Piotr Zdziarstek: Świąteczna kastracja. „Wariackie święta” (1994)

Wypominanie Norze Ephron dzieł tyleż nieudanych, co już zapomnianych, wydaje się zbędną złośliwością. Scenarzystka w końcu zrewolucjonizowała gatunek komedii romantycznych, a dorobku pozazdrościć jej może wielu współczesnych twórców. Czasami jednak chybione dzieło może zaoferować więcej interesujących tematów do analiz niż niejeden przyzwoity film.

W przypadku autorki Masz wiadomość (1998) jest nim niepozorna, świąteczna komedyjka ze Steve’em Martinem, zatytułowana w oryginale Mixed Nuts. Obraz ten okazał się prawdziwą klapą finansową, powszechnie znienawidzoną przez krytyków i widzów. Dość powiedzieć, że w legendarnym programie Siskel and Ebert, prowadzący właściwie zrezygnowali z szerszego omawiania tego filmu. Trudno o bardziej dotkliwą krytykę dzieła filmowego.

Mimo wszystko myślę, że zignorowanie go byłoby stratą z filmoznawczego punktu widzenia. Nie dlatego, żebym uważał Mixed Nuts za film niedoceniony — a nawet taki, który zyskał wraz z upływem czasu. Po prostu stanowi on w mojej opinii fascynujący przykład remake’u, który pomimo pozornie wiernego odwzorowania fabuły oryginału, zdaje się go zupełnie nie rozumieć.

Pierwowzór, czyli film Le père Noël est une ordure, to francuska komedia z 1982 roku, stworzona przez komediową trupę Le Splendid, na podstawie sztuki ich autorstwa o tym samym tytule.

We Francji film cieszy się kultowym statusem, choć należy uczciwie zaznaczyć, że po premierze przyjęcie krytyków było raczej chłodne. Obecnie w Internecie można znaleźć dziesiątki artykułów i kompilacji zawierających najpopularniejsze teksty i gagi z filmu, a sami Francuzi chętnie do niego wracają. Przyznaję, że sam nie podzielam tego entuzjazmu. Le père Noël… wydał mi się hałaśliwy, karykaturalny i męczący. Mnogość przewijających się przezeń postaci i wątków sprawia, że mamy do czynienia bardziej ze zbiorem dziwacznych sytuacji, aniżeli spójną fabułą, którą można by łatwo streścić. Nie mogę jednak całości odmówić konsekwencji i charakteru.

Tym, co co najbardziej fascynuje podczas zestawienia ze sobą tych filmów, jest fakt, że o ile Mixed Nuts to naiwna komedia familijna, o tyle Le père Noël… jest niepokorną komedią czarną. Zadziwia fakt, że choć Nora Ephron zachowała strukturę fabularną oryginału, to jednocześnie „wykastrowała” go ze wszystkiego, co stanowiło o jego wyjątkowości.

O stopniu złagodzenia wydźwięku filmu świadczy już sam tytuł. Mixed Nuts może odnosić się do mieszanki orzeszków, ale także do zbieraniny wariatów (zapewne stąd polski tytuł: Wariackie święta). Oryginalne Le père Noël est une ordure to natomiast znacznie bardziej prowokujące stwierdzenie:  Święty Mikołaj to śmieć. Co więcej, francuski tytuł już jest efektem pewnego rodzaju cenzury, gdyż w pierwotnej wersji miał brzmieć: Le père Noël s’est tiré une balle dans le cul, czyli Święty Mikołaj postrzelił się w dupę. Tę wersję uznano jednak za zbyt szokującą.

Francuski tytuł – ocenzurowany czy nie – bardzo dobrze oddaje treść filmu. Otwiera go scena, w której przebrany za Świętego Mikołaja Félix (Gérard Jugnot) rozdaje ulotki reklamujące klub ze striptizem, po czym uderza w twarz chłopca, który ściągnął mu brodę — a następnie kradnie biżuterię z pobliskiego stoiska. Z kolei film Ephron zaczyna się od slapstickowej sceny, w której Felix (Anthony LaPaglia) — uciekając przed rozwścieczoną, ciężarną żoną — wpada na parkę rolkarzy, przewożących choinkę. Wszystko to dzieje się w akompaniamencie skocznej, latynosko-brzmiącej wersji Jingle Bells.

Félix z oryginału to postać odpychająca i agresywna. Nie tylko uderza dziecko, ale też poddusza swoją ciężarną narzeczoną i wielokrotnie grozi jej pobiciem. Felix z wersji amerykańskiej to typ niezbyt inteligentnego, ale sympatycznego macho. Jest artystą-nieudacznikiem, znajdującym się  pod pantoflem impulsywnej żony. Nawet pełniący ważną fabularną rolę rewolwer nie należy do Felixa, jak w oryginale, lecz do jego żony, która zdobywa go, by chronić się przed tajemniczym seryjnym mordercą, Nadmorskim Dusicielem (tego wątku nie ma w wersji francuskiej).

Ephron drastycznie ociepla ton filmu poprzez zmianę charakterów postaci. Oryginalni Félix i Josette przypominają dziwaczną, kabaretowo-karykaturalną wersję kloszardów; mieszkają w rozpadającej się ruderze, nieustannie się kłócą i sobie grożą. Ich związek jest nie tyle toksyczny, co patologiczny. Natomiast Felix i Gracie z wersji z 1994 roku to po prostu osoby ubogie i nieokrzesane. Co więcej, pomimo ich licznych kłótni, raczej nie wątpimy w ich miłość. W świecie wykreowanym przez Ephron, Felix jest raczej zdziecinniałym mężczyzną, który w życiu nie podniósłby ręki na żonę.

Można by przypuszczać, że zmiana ta jest w pewnym sensie uzasadniona. Niemalże każda postać w Le père Noël… jest trudna do polubienia. Amerykańska reżyserka nadaje zaś swoim bohaterom szlachetniejsze cechy, a zachowania niektórych z nich umieszcza w nowym kontekście, aby widzowie mogli im kibicować. Przykładowo Philip (Steve Martin), właściciel linii telefonicznej dla osób zmagających się z depresją, już na początku otrzymuje dwie fatalne informacje: zrywa z nim dziewczyna, a siedzibie jego organizacji grozi eksmisja, o czym informuje go złośliwy właściciel kamienicy, Stanley (Garry Shandling). W ten prosty, może nawet banalny sposób, zostaje zarysowana stawka oraz sytuacja życiowa bohatera. Współczujemy mu, zwłaszcza, że zajmuje się rzeczą niezwykle szlachetną.

Jego odpowiednik z oryginału, Pierre (Thierry Lhermitte), jest wyniosły i chłodny; trudniej żywić do niego sympatię. Co więcej, bohater ten jest żonaty, co sprawia, że romans ze współpracowniczką, do którego dochodzi w obydwu filmach, dodaje kolejną rysę na jego charakterze.

W pewnym momencie Ephron przekracza jednak granicę łagodzenia filmu i wkracza w świat infantylności. O ile można jeszcze zrozumieć rezygnację z wulgaryzmów i nagości (spowodowaną zapewne kategorią wiekową), o tyle trudno zaakceptować zmiany, które odzierają oryginał z bezczelnej zadziorności, po części wpisanej w historię. Komiczne zbliżenie pomiędzy Pierre’em i Thérèse (Anémone) zamienia się przesłodzoną scenę z Philipem i Catherine (Rita Wilson), gdzie przaśna nagość ustępuje miejsca ckliwej muzyce i namiętnemu pocałunkowi w kłębach unoszącej się pary.

Sposób, w jaki reżyserka ugrzecznia materiał źródłowy, jest tym trudniejszy do zrozumienia, że przecież przedstawia ona właściwie tą samą historię z podobnymi wątkami. Grubiański oryginał stanowi groteskową mieszankę karykaturalnej farsy i czarnej komedii. Przypomina nieco kabaret, ale o bardziej szalonym, bezpardonowym sznycie. Wersja Ephron także łączy ze sobą różne konwencje, lecz odziera je z najbardziej intrygujących elementów, a to, co dodaje w zamian, skutkuje niekonsekwencją. Mamy więc do czynienia ze świąteczną komedią familijną z elementami slapsticku, uwięzioną w strukturze czarnej komedii. Atmosfera filmu zostaje jeszcze bardziej zinfantylizowana przytłaczającą, przesłodzoną muzyką. Dysonans, jaki odczuwa widz podczas oglądania oryginału, wynika z groteski i szokujących rozwiązań. W przypadku Mixed Nuts nieustannie zastanawiamy się, czy oglądamy film dla dzieci, czy dla dorosłych. Nie jest to jednak przemyślana dysharmonia (jaką oferuje w swoich filmach na przykład Wes Anderson), ale raczej gatunkowy bałagan: pełen sprzecznych, niepasujących do siebie elementów.

Czarny humor i groteska z założenia łączą skrajne wartości, takie jak tragedia i humor. Ephron, chcąc nadać remake’owi cieplejszego, familijnego wymiaru, zatraca niezbędny element grozy, przez co napięcie zanika. Kiedy w trzecim akcie oryginału Félix wpada z bronią do biura gorącej linii, jest nieobliczalny. Gdy rozkazuje narzeczonej, żeby wróciła z nim do domu, wiemy, że jest to groźba.  W wersji z 1994 roku, Felix także ma broń, ale mówi do żony błagalnym tonem: „Gracie, kochanie… Proszę, wróć do mnie. Nie mogę bez ciebie żyć. Kocham cię”. Scena nie angażuje emocjonalnie, gdyż zdajemy sobie sprawę z jej sztuczności; z tego, że wszystko jest w niej „na niby”.

Gdy sytuacja się uspokaja, Josette wpada na niedorzeczny pomysł, by – dla bezpieczeństwa – opróżnić magazynek pistoletu, strzelając. W wyniku zamieszania, kilka kul trafia w drzwi wejściowe, zabijając stojącego za nimi mechanika. Ironia i absurd tej sytuacji są tak skrajne, że mimowolnie odczuwamy rozładowanie nagromadzonego napięcia. W remake’u za drzwiami nie stoi Bogu ducha winien mechanik, lecz Stanley – właściciel kamienicy. Szokująca scena z oryginału, piętrząca kolejne problemy przed bohaterami, zamieniła się wygodny zbieg okoliczności, dodatkowo załagodzony faktem, że postać grana przez Shandlinga została przecież zarysowana jako podła i bezduszna; widz nie czuje zatem niewygodnego rozbawienia, wiążącego się z faktem, że właśnie zginęła niewinna osoba.

To nie koniec zmian, które skrajnie zmieniają charakter filmu. W oryginale Josette i Félix  postanawiają zatrzeć ślady, tnąc zwłoki na kawałki, zapakowując je jak prezenty, i rozrzucając dzikim zwierzętom w ZOO. To makabryczne rozwiązanie w wersji Ephron sprowadza się jedynie do ironicznego puszczenia oka do widza. Felix rzeczywiście wpada na pomysł rozczłonkowania ciała i zapakowania go w formie prezentów, zostaje on jednak natychmiast zbyty pytaniem Gracie: „I komu byśmy je dali?”. Zamiast tego, decydują się przebrać zwłoki za choinkę i zostawić je na promenadzie.

Jednak to, co w Mixed Nuts jest najgorsze, to nie tyle pozbawianie filmu charakterystycznych elementów oryginału, co dodanie pomysłów, które nie były w nim obecne. Podczas gdy pierwowzór kończy się pozbyciem zwłok, Ephron proponuje kuriozalne deus ex machina. Okazuje się, że to właściciel kamienicy był Nadmorskim Dusicielem, przed którym drżało całe miasto. Gracie, która go zabiła, nie tylko nie pójdzie do więzienia, ale też dostanie 250 tysięcy dolarów nagrody. Tym oto sposobem rozwiązane zostają wszystkie problemy: bohaterowie są oczyszczeni z zarzutów, a Gracie i Felix pozbywają się problemów finansowych, dzięki czemu mogą przy okazji uratować organizację Philipa. Kulminacyjna sekwencja oferuje jeszcze więcej nieznośnie kiczowatych scen. Zaliczyć możemy do nich moment, w którym Philip odwodzi Felixa od samobójstwa, za co zostaje nagrodzony przez tłum brawami, oraz końcówkę, gdzie Gracie rodzi pod wielką choinką. Całość zamyka ujęcie, przywodzące na myśl stajenkę bożonarodzeniową, podczas którego Felix, dzwoniąc dzwonkiem, krzyczy: „Wesołych świąt!”

Zakończenie jest tak niedorzeczne, że można by zadać uzasadnione pytanie – a co, jeżeli to tylko ironia? Być może intencją reżyserki było wyśmianie tego typu rozwiązań fabularnych? Gdyby Mixed Nuts było nieco bliższe oryginałowi, byłby to całkiem ciekawy, przewrotny pomysł. Pewnie dałoby się obronić tę tezę, gdyby reszta filmu nie była równie asekurancka i przepełniona kiczem. Czarna komedia wymaga pewnej dawki cynizmu i dystansu emocjonalnego, aby w pełni rozwinęła swój potencjał. Niezbędne jest umiejętne balansowanie na granicy dobrego smaku i empatii, aby skonsternować widzów.

Francuskiemu oryginałowi nie można odmówić jednego – jest charakterystyczny. To film hałaśliwy, chaotyczny, momentami irytujący i nieprzyjemny. Są to jednak celowe zabiegi, które składają się na konsekwentną, choć wciąż szaloną, całość. Mixed Nuts natomiast nie wie, czym chce być. Nie sprawdza się ani jako kino familijne (ponieważ zawiera zbyt wiele nie pasujących do niego elementów), ani jako czarna komedia (ze względu na wszechobecny patos i rozpaczliwą próbę złagodzenia tonu filmu). Być może wynika to z niezrozumienia materiału źródłowego, a może z interwencji wytwórni lub wymogów kategorii wiekowej. Jedno jest pewne – otrzymaliśmy film, który usiłuje reprezentować kilka gatunków jednocześnie, żadnemu nie oddając sprawiedliwości.