O toksycznej, polskiej miłości

O toksycznej, polskiej miłości

“Będę z Tobą zawsze, wszędzie i do końca świata” – tymi słowami Zula wyznaje miłość Wiktorowi. Oboje leżą na trawie: on z zamkniętymi oczami, ona wpatrując się w niego. Gdy chwilę później kobieta przyznaje, że donosi na kochanka komunistycznej służbie bezpieczeństwa, ich relacja przechodzi pierwszy kryzys. Okazuje się, że postać Wiktora osnuta jest tajemnicą: nie wiadomo co robił podczas wojny; czy pokątnie działa przeciwko Polsce Ludowej; czy jest wierzący. Zula nie kryje się ze swoim pochodzeniem, kryminalną przeszłością, ale też prawdziwością uczuć, które żywi do kompozytora.

Słysząc ostrą ripostę dziewczyny — “Pies cię jebał, burżuju!” — skojarzenia mimowolnie prowadzą do bandy agresywnych chłopaków z szemranych dzielnic, zamiast do figury uniesionej wzniosłą dumą kochanki. Wulgarność języka Zuli odsłania jej przynależność do innego świata; świata, którego zdaje się nie znać Wiktor, zadumany intelektualista. Gdy chwilę później dziewczyna zamaszystym ruchem odwraca się i wskakuje do rzeki z melodią radzieckiej piosenki “Serce” na ustach, muzykowi pozostaje tylko zatrzymać się i podziwiać temperament ukochanej.

Połączenie tej dwójki jest niczym zestawienie ze sobą Polski A i B. Dodając do tego kontekst ówczesnej epoki, w której zostanie wrogiem ojczyzny nie było nadzwyczaj trudne i kończyło się otrzymaniem wilczego biletu, “Zimna wojna” nabiera dwojakiego znaczenia. Czy film Pawła Pawlikowskiego opowiada wyłącznie o gorącym uczuciu dwójki outsiderów, a może także o toksycznej miłości do naszej ojczyzny…?

Polska roku 1949 po raz kolejny powstaje z kolan, tym razem pod sztandarem Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Misją nowych władz jest zaszczepienie w społeczeństwie pozytywistycznego ducha, zreinterpretowanego w duchu sowieckim. W tym celu powołują zespół pieśni i tańca “Mazurek”, którego kompozycje odwołują się do ludowych korzeni. Znajduje się w nich miejsce na piosenki “ładne, ale nie nasze” z rodowodem łemkowskim czy romskim. Jednocześnie nakaz partyjnych oficjeli sprawia, że muszą śpiewać o reformie rolnej i ku chwale Stalina, na co nie zgadza się prowadząca zespół Irena, grana przez Agatę Kuleszę. Jej sprzeciw objawia się ostentacyjnym wyjściem z kadru, który symbolizuje niezgodę na zawłaszczenie sztuki przez politykę.

W PRL-owskim systemie nie odnajduje się również Wiktor, który korzystając z okazji występu “Mazurka” w Berlinie przekracza granicę w kierunku zachodniego świata. Mężczyzna liczył na to, że Zula wyjedzie z nim, lecz ona woli pozostać wśród swoich: tam, gdzie nie będzie czuła się gorsza. Muzyk na emigracji zyskuje wolność zarówno polityczną, jak i twórczą. Jednak bez ukochanej u boku smak wolności jest jak kromka suchego chleba – można zaspokoić nią głód, ale lepiej zjeść pełnowartościowy posiłek.

W opozycji do artystów stoi partyjny dyrektor “Mazurka” Kaczmarek. Jego przemowa do rekrutów jest przejawem szczerego zaangażowania w socjalizm. Wcielający się w tę rolę Borys Szyc, na podobę autentycznych przemówień działaczy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, położył nacisk na specyficzny sposób akcentowania wyrazów, co uwypukla różnice w pochodzeniu pomiędzy nim a Wiktorem i Ireną. Postać Kaczmarka jest interesująca także pod względem jego ukrytej tożsamości, która objawia się w scenie samotnej wizyty w opuszczonym kościele. Szacunek jaki okazuje on świętym obrazom wskazuje na to, że został wychowany w wierze, lecz wybierając ścieżkę kariery musiał wyrzec się swego dziedzictwa. Bowiem do dziś dla wielu prawdziwy Polak to katolik, który pamiętając o zasadach Dekalogu i haśle “Bóg, Honor, Ojczyzna” daje świadectwo patriotyzmu.

Janusz Głowacki w książce “Z głowy” opisał, jak wprowadzenie stanu wojennego w Polsce zastało go w Londynie, uniemożliwiając mu powrót do ojczyzny. Pewnego dnia na ulicy usłyszał gniewny, rodzimy język, za którym podążył w kierunku polskiej ambasady. Kameralna manifestacja przeciwko opresyjnej władzy w wielomilionowym mieście emigrantów okazała się dla pisarza najmilszym wspomnieniem tamtych czasów. Wszak nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg, a istota przynależności kulturowej objawia się dopiero z dala od ojczyzny, co potwierdzają wyznania rzeszy Polonii na całym świecie, szukających za nowo definicji swojej polskości. W podobnym położeniu znaleźli się Zula i Wiktor, których ukradkowe spotkania poza granicami Polski są chwilami, w których miejsce przestaje mieć znaczenie, ważne że są razem.

Gdy parze bohaterów “Zimnej wojny” udaje się połączyć na obczyźnie, nie doznają poczucia wypełnienia dotychczasowej pustki. Wręcz przeciwnie: wspólna emigracja rodzi nowe, coraz to większe problemy. Okazuje się, że zmiana miejsca zamieszkania wiąże się ze zmianą osobowości postaci, dostosowywaniem się do reguł gry panujących w paryskim środowisku artystycznym. Wkupienie się w łaski Francuzów wiąże się z wyparciem polskich akcentów w twórczości Zuli i Wiktora. Jazzowa aranżacja utworu “Dwa serduszka, cztery oczy” przetłumaczonego na “Wahadło zabiło czas” staje się bardziej metaforyczna, wytworna w stosunku do prostej, ludowej przyśpiewki. Dodatkowo fakt, że Wiktor uwypukla przed nowymi znajomymi życiorys Zuli kreując jej wizerunek, sprawia że kobieta traci zaufanie do ukochanego. Aż w końcu z ust Zuli padają słowa “w Polsce byłeś facetem, a tu jesteś jakiś inny”, które okazują się być gwoździem do trumny ich francuskiej miłości.

Zrozpaczony Wiktor pragnie na stałe wrócić do Polski, lecz słyszy w ambasadzie “Ale jaki z Pana Polak? Pan Polski nie kocha, Pan nas opuścił, zdradził”. Podobnie zdradzona czuła się Zula. Po raz kolejny Pawlikowski łączy destrukcyjną miłość romantyczną z miłością do narodu. “Zimna wojna” jest studium rozwoju uczucia, które buduje i jednocześnie niszczy, nadaje życiu sens i go komplikuje. Tym samym film spełnia założenia melodramatu, ale utwory muzyczne są jego integralną treścią.

Na uwagę szczególnie zasługuje praca operatora Łukasza Żala, która oparta jest na licznych zbliżeniach na mocno oświetlone twarze głównych bohaterów. W scenach tych nie padają żadne słowa lub śpiewany jest powtarzający się utwór “Dwa serduszka, cztery oczy”. Tomasz Kot i Joanna Kulig korzystają z oszczędnych środków wyrazu, większość emocji postaci wyczytuje się z ich mimiki, gdyż scenariusz nie obfituje w słowa, co niektórzy postrzegają jako wadę, twierdząc że miłosna relacja Zuli i Wiktora nie została odpowiednio ugruntowana. Nie zgadzam się z tą opinią, gdyż przemyślana kompozycja Pawlikowskiego jest esencją związku kompozytora i solistki, nie potrzeba ani jednego słowa czy obrazu więcej, aby uwierzyć w tę historię.

Jednocześnie kamera jest mniej statyczna niż w “Idzie”; płynnym, powolnym ruchem widz odkrywa niekiedy zbliżone detale np. w początkowych nagraniach ludowych pieśni, a także monumentalne tła, jak podczas scen występów Mazurka, gdy w centrum uwagi znajduje się flaga ZSRR bądź wizerunek Stalina.

“Zimna wojna” nie powstała w oderwaniu do wcześniejszego filmu Pawła Pawlikowskiego. Łączą je nie tylko czarno-białe zdjęcia i czas akcji, ale i uniwersalność problemów z jakimi mierzą się bohaterowie. Symbolizuje to ostatnia scena “Zimnej wojny” rozgrywająca się na tym samym rozdrożu dróg, co w “Idzie”. Wanda, Ida, Wiktor, Zula, Irena i Kaczmarek stoją przed takimi samymi wyborami. Czy pozostają wierni swojemu sercu i sumieniu, a może wybiorą dobro ogółu? Czy poświęcą własne szczęście, spokój ducha dla drugiej osoby, dla partii, dla kraju? Czy pozwolą na to, aby rozliczyła ich historia lub zadbają o swoje świadectwo jeszcze za życia…?

Bardzo doceniam to, że czerpiąc z osobistej historii swoich rodziców Paweł Pawlikowski stworzył obraz będący zarówno wiernym zapisem ówczesnych czasów z poszanowaniem polskiej tradycji ludowej i losów emigrantów, jak i historią miłosną, dla której czas i miejsce mogłyby nie istnieć, ale to właśnie Polska lat 50. i 60. sprawia, że relacja Zuli i Wiktora jest tak skomplikowana.  I nawet widok z drugiej strony nie sprawi, że będzie ona lepsza.

Marta Ossowska