Miłość w czasach zarazy

Miłość w czasach zarazy

Chwila wieczności — para zakochanych leży na łące. Na ich spokojnych, zwróconych do siebie twarzach odbija się słońce. Są zupełnie sami, słychać jedynie szum trawy i śpiew ptaków. Po chwili ona otwiera oczy i mówi coś, co zakłóca ich idealną harmonię. On wstaje i odchodzi. Ona biegnie za nim i krzyczy. On idzie dalej. Ona staje i odwraca się, w furii idzie w przeciwnym kierunku. On dalej idzie. Ona wskakuje do rzeki. On zatrzymuje się i odwraca. W następnej scenie jest już wieczór. Ona i on siedzą w zgodzie po dwóch stronach ogniska, patrzą na siebie z miłością, milcząco, nie pada ani jedno słowo. Znowu chwila harmonii; rozejm.

W taki sposób można by naszkicować całą historię miłości bohaterów filmu „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego. Chociaż ich świat to nie tylko sielankowa, cicha łąka. Jest rok 1949. On – Wiktor (Tomasz Kot) – jest kompozytorem, który razem ze swoją współpracowniczką Ireną (Agata Kulesza) założył Zespół tańca i pieśni ludowej Mazurek, a jedną z przyjętych tancerek jest ona – Zula (Joanna Kulig) – prosta dziewczyna, która w Zespole znajdzie swoje miejsce, i w którym będzie chciała zostać. Wiktor zaś marzy o czymś więcej: o wolności, którą w tym momencie dziejowym zaoferować może tylko Zachód Europy. Zulę i Wiktora dzieli jeszcze więcej różnic, lecz mimo to szybko się w sobie zakochują. Ich szczęście nie trwa długo, tak jak szybko zakłóca się harmonia łąkowej sceny. Gdy „Mazurek” daje występ w Berlinie wschodnim, Wiktor namawia Zulę, by razem z nim przekroczyła granicę „świata wolności”, a ona w ostatniej chwili rezygnuje. On czeka na nią, ale ostatecznie przekracza granicę w pojedynkę. I tak przez kilkanaście lat odwracają się do siebie plecami i zmierzają w przeciwnych kierunkach, by potem z powrotem się połączyć. Ona w scenie łąkowej wyznaje mu, że donosi na niego Kaczmarkowi (Borys Szyc), administratorowi Zespołu. Musi to robić, bo w ten sposób utrzymuje swoje miejsce w Mazurku. A zbrodnią Wiktora jest ambicja i wolna myśl. Zimna wojna rządzi ich związkiem.

W ten sposób Pawlikowski nawiązuje do tradycji polskich melodramatów lat 50-tych i 60-tych, kiedy Polacy, nie znajdując w sobie miejsca do opowiadania o samej miłości, ciasno splatali ją z kontekstem politycznym. „Coś zawsze było na zawadzie i w rezultacie nie mogło dojść do miłości.” – pisze Maria Kornatowska w książce pt. „Filmy o miłości” – „Wojna, rzeczywistość, wiek nieodpowiedni albo inne zgoła przeciwności. Tak więc polski film o miłości jest właściwie filmem o >>niemiłości<<”. Jak choćby losy kochanków w „Ostatnim dniu lata” Tadeusza Konwickiego (1958) zdeterminowane przez traumy wojenne, niepozwalające im się do siebie zbliżyć. Podobnie jak w scenie na łące w „Zimnej wojnie”, bohaterowie umieszczeni są w scenerii prawie pozbawionej kontekstu – są na plaży, a o minionej wojnie informują jedynie przelatujące w oddali samoloty wojenne. I również oni wciąż schodzą się i rozchodzą, żeby na końcu rozejść się na zawsze (choć zakończenie tylko to sugeruje).

W „Niewinnych czarodziejach” (1960) Andrzeja Wajdy zaś, bohaterowie uciekają się do masek, cynicznych gierek słownych, wciąż obserwują się z uwagą, tak jak obserwują się wrogowie starający się odgadnąć swoje prawdziwe intencje. Dopiero gdy zaczynają się rozchodzić, gdy ona traci go z oczu, a on zaczyna jej szukać, uświadamiają sobie uczucie, które się między nimi zrodziło.

Na łąkę Zuli i Wiktora wchodzi więc zimna wojna i wydaje się, że determinuje ona nawet te ich działania, które mogłyby wynikać z ich osobistych cech. Gdy są oddzielnie, walczą ze światem o siebie nawzajem, zręcznie spacerując po murze berlińskim oddzielającym ich dwa światy. Zula poślubia cudzoziemca, by legalnie przekroczyć granicę francuską, a nawet wyciąga Wiktora z sowieckiego więzienia, do którego trafia, gdy wraca za nią do Polski. Gdy jednak są razem – w ojczyźnie, czy w Paryżu, ich działa kierują się na siebie nawzajem. Zawiedzeni oczekiwaniami wobec siebie, poddawani zmianom nowych środowisk, toczą między sobą wojnę, tak jakby miłość polegała na poddawaniu jej ciągłym próbom. Jaką za to zapłacą cenę, można wyczytać już w scenie łąkowej: rzucając się do rzeki, Zula przypomina szekspirowską Ofelię sportretowaną przez Johna Everetta Millaisa, która tonie  w rzece (lub popełnia samobójstwo), postradawszy zmysły. Scena spełnia wszystkie wymogi gatunkowe, który melodramat, jakim jest „Zimna wojna”, oczywiście rozwija – wyznanie Zuli o kablowaniu jest zaznaczeniem politycznego kontekstu, który stoi na przeszkodzie ich szczęścia, a koniec z Zulą-Ofelią zwiastuje nieszczęśliwe zakończenie.

Łąka jest ponadto miniaturą całej „Zimnej wojny” Pawlikowskiego. Aktorzy odrywający role wciąż przyciągających się i odpychających kochanków, w te kilka minut zarysowują nam ich charaktery. Powściągliwość Tomasza Kota, który na szokujące wyznanie Zuli reaguje odwróceniem się bez słowa i nieśpiesznym odejściem kontrastuje z grą Joanny Kulig, która jest gwałtowna, spontaniczna, a nawet dziecinna, kiedy wykrzykuje w jego stronę niewyszukane przekleństwa. Wreszcie, na sam koniec sceny pojawia się muzyka, tak dla filmu istotna: Zula w rzece intonuje piosenkę „Serce”,  którą śpiewała już na egzaminie do zespołu „Mazurek”. Gdy Wiktor zapytał ją wtedy, o czym jest, odpowiedziała tak, jakby odpowiadała na pytanie, o czym jest „Zimna wojna” – „O miłości no, serce!”

Barbara Trojanowska