Miłość w czasach odrazy. O „Wołyniu” Wojciecha Smarzowskiego

Miłość w czasach odrazy. O „Wołyniu” Wojciecha Smarzowskiego

Niełatwo jest napisać recenzję filmu czerpiącego z kart historii przeraźliwie zaplamionych krwią. Czy dystans i chłodne analizy formy mają wówczas jakiekolwiek znaczenie, gdy temat traktuje o okrutnej śmierci wielu tysięcy osób? Nieporównanie trudniej jest jednak pisać książki i tworzyć filmy o tych wydarzeniach. Zasadne wydaje się pytanie Tadeusza Różewicza: „Czy poeta to człowiek, który pisze z suchymi oczami treny, bo musi dobrze widzieć ich formę? […] Poeta, człowiek bez serca?”. A czy reżysera nie można nazwać poetą filmu? Owszem, można, a Wojciech Smarzowski niewątpliwie nim jest ze swoim odrębnym i wyrazistym głosem w polskiej kinematografii. Podejmując się tematu podwójnie trudnego – to jest zmierzenia się nie tylko z samym sobą i rewidowaniem własnego widzenia sprawy, lecz także z delikatną materią prawdziwych wydarzeń oraz odpowiedzialnością zarówno wobec świadków historii, jak i następnych pokoleń – reżyser stanął przed olbrzymim wyzwaniem, którym niewątpliwie był film „Wołyń”.

„Kresowian zabito dwa razy, raz siekierami, drugi raz przez przemilczenie” stwierdził Jan Zaleski, na którego słowa w filmie powołał się twórca. Jako że pierwszej przyczyny naprawić się nie da, drugą już tak i zdaje się, że przywrócenie pomordowanym pamięci, aby podobna historia się więcej nie powtórzyła – było jednym z nadrzędnych celów autora. „Wołyń”, co często podkreśla w wywiadach reżyser, nie jest podręcznikiem do historii, jest zaś subiektywnym acz podpartym rzetelną dokumentacją spojrzeniem na antypolską czystkę przeprowadzoną przez banderowską frakcję Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oraz Ukraińską Powstańczą Armię na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943-45. Film nie ukazuje jednak wyłącznie aktu ludobójstwa, zaś w epicki sposób – łącząc linearnie prowadzone wątki z retrospekcjami – obejmuje lata II wojny światowej oraz czas tuż przed nią na ziemiach dzisiejszej Zachodniej Ukrainy, zamieszkałej wówczas przez narodowości: polską, żydowską oraz ukraińską. Na ekranie nie pojawiają się daty, podpisy ani mapy, co jeszcze bardziej wzmaga poczucie, że jedynymi przewodnikami widzów po świecie przedstawionym są bohaterowie, a przede wszystkim młodociana Zosia (w tej roli: Michalina Łabacz), córka zamożnego właściciela ziemskiego, której życie utrudnia najpierw zaaranżowane przez ojca małżeństwo, a później wojna.

Kto choć trochę interesował się kulisami powstawania filmu z pewnością wiedział, z jakimi trudnościami zmagała się produkcja „Wołynia”. Były to problemy finansowe, o co nietrudno przy dramacie wojennym, a reżyser trafił w sedno twierdząc, że widzowie przyzwyczajeni do amerykańskich superprodukcji nie chcą oglądać na ekranie czołgów z tektury. Szczęśliwie kłopoty zostały zażegnane, a praca dokończona i to z rozmachem, na jaki niestety jeszcze mało który polski film może się zdobyć. Zdjęcia odbywały się w dużej mierze na terenie lubelskiego skansenu, którego samo oświetlenie było już nie lada technicznym wyzwaniem. Jednakże właśnie dzięki tej skrupulatności powstało dzieło wiarygodne, które na poziomie obrazu, scenografii, charakteryzacji, rekwizytów czy światła właśnie nie przypomina zekranizowanego spektaklu teatralnego z roszczeniami do bycia filmem historycznym. Rzetelność przekazu jest więc niewątpliwie jednym z największych atutów „Wołynia”, czy to w warstwie audiowizualnej, czy w sposobie prowadzenia fabuły. Nie udałoby się to, gdyby nie uczciwie przeprowadzona dokumentacja, na którą reżyser poświęcił około czterech lat i która zaowocowała spleceniem wątków postaci fikcyjnych z historycznymi (jak choćby pojawienie się oficera Batalionów Chłopskich i AK, Zygmunta Jana Rumla, który podjął się pertraktacji z UPA i został bestialsko zamordowany).

Co jednak zasługuje na największe uznanie to pełna szacunku dla sprawy powściągliwość, z jaką reżyser zobrazował tak zwaną rzeź wołyńską. Wyważenie zarówno na poziomie poetyzacji obrazu, ukazania ludzkiego okrucieństwa, jak i nieferowania jednoznacznych wyroków przywodzi na myśl motto do jednej z najważniejszych powieści świata, mianowicie Anny Kareniny Lwa Tołstoja, brzmiące: „Mnie pomsta, ja oddam – mówi Pan”. Bynajmniej nie jest to usprawiedliwienie nacjonalistów z ich potępieńczego czynu, jednakże ukazanie, jak złożona socjologicznie sytuacja miała miejsce na zamieszkałych przez wiele narodów ziemiach Zachodniej Ukrainy. Chociaż, jak twierdzi sam reżyser, na postawione na początku pracy pytanie: „skąd w ludziach tyle okrucieństwa?” – nie znalazł odpowiedzi, już pierwsze minuty filmu sugestywnie dają do zrozumienia, że przyczyny bestialskich wydarzeń należy szukać znacznie głębiej niźli tylko w powierzchownych niesnaskach między narodowościami bądź, co gorsze, oskarżeniu o wrodzone mordercze inklinacje Ukraińców. Film jasno pokazuje, że barbarzyństwo i tyrania nie mają rdzenia narodowego i tak jak każda nacja, propagując własną martyrologię, może uważać się za wybraną, tak też w każdej może dojść do skandalicznych aktów ludobójczych: „Ta dzikość nie idzie ze Wschodu. Ona idzie z człowieka. W tym samym czasie, gdy popi święcili siekiery i piły banderowcom, księża katoliccy święcili noże chorwackim ustaszom, którzy następnie podrzynali tymi nożami gardła Serbom. Takie sytuacje mają miejsce na całym świecie”[1] – słusznie zauważył reżyser w jednym z wywiadów.

Rozprawienie się z mitem „wschodniego barbarzyństwa” jest kolejnym atutem filmu godnym poświęcenia mu większej uwagi. Smarzowski umiejętnie meandruje między romantycznym wyobrażeniem idyllicznych Kresów, a gorzką prawdą o bezduszności części ich mieszkańców. Operując paletą kolorów naturalnego światła – od lamp naftowych, przez płomienie ognisk, kolorowe witraże kościołów czy wreszcie niebiesko-srebrnego blasku księżyca aż do bariery ciemności – twórcy podkreślili surową i nieskalaną dzikość przyrody spowitej mgłą i pełną niezmierzonych lasów, wód czy bezkresnych pól rodem z Mickiewiczowskiej poezji jezior („Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona, / W wielkiego kształcie obwodu, / Gęstą po bokach puszczą oczerniona, / A gładka jak szyba lodu”[2]) oraz Sienkiewiczowskich Dzikich Pól („Ile tam walk stoczono, ilu ludzi legło, nikt nie zliczył, nikt nie spamiętał. Orły, jastrzębie i kruki jedne widziały, a kto z daleka dosłyszał szum skrzydeł i krakanie, kto ujrzał wiry ptasie nad jednym kołujące miejscem, to wiedział, że tam trupy lub kości nie pogrzebione leżą…”[3]). Tyle na poziomie audiowizualnym, który od początku okrasza temperamentna smyczkowa muzyka, będąca akompaniamentem do nie mniej wyrazistych charakterów, zamaszystych ruchów i przeszywających spojrzeń. Wesele i ceremonia zaślubin, od których zaczyna się film, są festiwalem pierwotnej energii, rozpierającej mieszkańców ziem kresowych i przywodzącej na myśl hajdamacki wzorzec kochających wolność „fascynujących zbójców”. Frenetyczna pasja, z jaką weselnicy oddają się tańcom, śpiewom i wyścigom konnym jest tak świadectwem nieposkromionej miłości życia, ekstazy i wirującego w językach ognia żaru uczuć, jak i świadkiem niewielu jeszcze wiadomej, nadchodzącej rozpaczy. To w tym momencie celebracji Eliadowskiego „czasu świętego” powstaje zarzewie przyszłej agonii człowieka, który już wkrótce stanie się „Bożym igrzyskiem”.

Tak jak wyraziście pokazana jest miłość, pasja i gorączkowość, tak też dobitnie,  poprzez surowo pocięty montaż i bez cienia jakiegokolwiek obrazowego eufemizmu, film przedstawia akty mordu i barbarzyńskiej męczarni. Jest to niewymownie przykry dla oczu i emocjonalności wstrząs, który jednakowoż raz na zawsze rozprawia się z wyidealizowanym Sienkiewiczowskim obrazem „wojenki”, jako aktu odwagi, męstwa i bohaterstwa. Smarzowski, wplatając w niekończący się szereg tortur wątek miłosny, niejako równoważy dobro i zło świata przedstawionego w filmie oraz wzniośle, ale jak najbardziej słusznie, udowadnia, że to miłość powinna trwać ponad wszystkim, a wojna nie ma w sobie nic ze szlachetności i piękna. „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego jest zatem filmowym freskiem, niosącym w sobie nieocenione walory zarówno historyczne, jak i artystyczne, które mogą podziałać jako wzorzec dla przyszłych twórców parających się tak niewygodnymi, jak niezwykle ważnymi a niezobrazowanymi dotąd wątkami polskiej historii.

[1] https://culture.pl/pl/artykul/smarzowski-o-wolyniu-wierze-ze-widz-wyciagnie-wnioski-wywiad.

[2] A. Mickiewicz, Świteź, [w:] Ballady i romanse, Warszawa 2012.

[3] H. Sienkiewicz, Ogniem i mieczem, T. I, Warszawa 1988, s. 6.

Martyna Milewska


Praca nagrodzona wyróżnieniem w konkursie na recenzję Młodzi o FPFF!