Między jawą a obłędem. O „Fastfoodzie” Eryka Lenartowicza

Między jawą a obłędem. O „Fastfoodzie” Eryka Lenartowicza

W świecie „Fastfoodu” Eryka Lenartowicza granica pomiędzy rzeczywistością a fantazją zostaje zatarta. Przedstawione wydarzenia wydają się prawdopodobne, ale zarazem zmodyfikowane przez umysł głównego bohatera. Etiudzie prześwieca motto Charlesa Bukowskiego: „Niektórym ludziom nigdy nie odbija. Cóż za straszliwe życie muszą prowadzić”. Irracjonalny cytat pojawia się na ekranie wcześniej niż protagonista i sygnalizuje, że poetyka filmu będzie równie nadrealistyczna, jak idea zawarta w przywołanych słowach.

Myśli Roberta, prześladowanego przez natarczywe natręctwa pracownika restauracji szybkiej obsługi,  wybiegają daleko poza miejsce pracy. Nie są skoncentrowane wokół burgerów, ale męczą młodego mężczyznę wspomnieniem tajemniczej dziewczyny. Od czasu śmiertelnego zakrztuszenia frytką,  Marta zjawia się w umyśle Roberta niczym mroczna fantasmagoria, spowita naprzykrzającym się dźwiękiem wrzącego oleju. Podczas spotkania z nowym sąsiadem, Januszem, bohater próbuje dokonać rozrachunku z obsesyjnymi wizjami, jednak stanowi to dopiero początek serii dziwnych wypadków.

Subiektywna narracja tworzy swoistą układankę i zmusza widza do podjęcia intelektualnej rekonstrukcji wydarzeń. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ każda sytuacja wydaje się przefiltrowana przez umysł głównego bohatera, w efekcie czego trudno odróżnić faktyczne zdarzenia od  imaginacji protagonisty. Jedynie sceny mające miejsce w zakładzie gastronomicznym można uznać za całkowicie realistyczne. Pozostałe wątki są zaledwie odtwarzane lub przekształcane przez pamięć Roberta, co sprawia, że film jest bardzo nieoczywisty. Być może myśli związane z sąsiadem faktycznie składają się na retrospekcję, jednak wizje przedstawiające Martę wydają się już totalnymi urojeniami i jednoczesnym dowodem na to, że bohaterowi „odbiło”, zgodnie z mottem Bukowskiego. Granica pomiędzy wspomnieniami a wyobrażeniami jest bardzo cienka, dzięki czemu konwencja gatunkowa w subtelny sposób zmierza ku surrealizmowi.

Przy próbie wyznaczenia granicy między autentyzmem a fantazją, warto zwrócić uwagę na motyw frytek, który przedostaje się do świata przedstawionego wraz z natręctwami głównego bohatera i komentuje owe urojenia. Momentowi duszenia Roberta przez Janusza towarzyszy dźwięk wrzącego oleju, a na ekranie pojawiają się kilkusekundowe ujęcia ukazujące frytkownicę. Przypomina to o nietypowej, zbudowanej na podobieństwo snu, formule filmu, oraz pozostawia wrażenie, że atak wcale nie jest przeprowadzany. Kilkukrotnie pojedyncza frytka zjawia się w przestrzeni jako element marzenia sennego. Najistotniejsze wydaje się jednak finałowe, oniryczne strzelanie do frytek, co można odebrać jako mentalne rozliczenie Roberta z tym, co go prześladuje.

Subiektywizm warstwy narracyjnej filmu Eryka Lenartowicza zostaje wzmożony dzięki starannie dobranym środkom artystycznym.  Przy zdecydowanej większości ujęć obrano centralne kadrowanie, które podkreśla porządek, jaki stara się wokół siebie utrzymywać pedantyczny bohater. Jednak podczas spotkania młodego mężczyzny z nowym sąsiadem, zostaje zachwiana symetria  panująca w obrazie, co odzwierciedla nierównowagę ogarniającą protagonistę w owej chwili. Ważną rolę podczas wspomnianej rozmowy odgrywa także montaż: kiedy Janusz wskazuje na wiszącą na ścianie strzelbę, w kolejnym ujęciu zamiast broni zostaje pokazana wyimaginowana przez Roberta twarz Marty. Fantazje bohatera, dzięki zabiegom montażowym, przedostają się z jego umysłu do sfery wizualnej filmu i zostają urzeczywistnione na ekranie, stając się zagadkowym elementem wykreowanej przestrzeni.

Ostatecznej formy obrazu nie udałoby się osiągnąć bez odpowiednio dobranych aktorów. Marek Kossakowski, kreujący postać Roberta, w sposób fenomenalny odgrywa stonowanego szaleńca. Dzięki utrzymywaniu „pustego” spojrzenia, wzbudza wrażenie duchowej nieobecności, a poprzez zesztywniałe ruchy, uzewnętrznia beznamiętność i odrętwiałość. Obsadzony w roli Janusza Jacek Lenartowicz, swoją fizjonomią i głosem formuje przekonującą sylwetkę pospolitego, a zarazem frapującego mieszkańca blokowiska. Godni zauważenia są również aktorzy wcielający się w pracowników restauracji oraz statyści zgrupowani w rolach mieszkańców osiedla. Ich nietuzinkowa gra jest zgodna z oryginalną, utrzymaną w konwencji snu, poetyką filmu.

„Fastfood” Eryka Lenartowicza to z pewnością produkcja nieprzeciętna. Specyficzny klimat towarzyszący opowieści, subiektywna narracja i surrealistyczne tendencje do zacierania granicy między jawą a snem, mogą oczarować każdego widza, który oczekuje od kina czegoś więcej, niż ciekawej historii. Niewątpliwą zaletą etiudy słuchacza Gdyńskiej Szkoły Filmowej jest powściągliwość w wyrażaniu emocji, zachowana na rzecz aktywizacji umysłu odbiorcy i jednoczesnego skłonienia go do refleksji. Obraz może być także świetnym remedium dla osób „prowadzących straszliwe życie” i potrzebujących tego, by im wreszcie „odbiło”.

Patrycja Pankau


Praca nagrodzona drugim miejscem w konkursie na recenzję filmu krótkometrażowego Młodzi o Młodych!