Maciej Mazurek: „Grawitacja” (2013) – przeżycie niemożliwego?

Maciej Mazurek: „Grawitacja” (2013) – przeżycie niemożliwego?

Punktem wyjścia Grawitacji Alfonso Cuaróna jest stwierdzenie, że „życie w kosmosie jest niemożliwe”. Takim właśnie sformułowaniem i garścią naukowych informacji rozpoczyna się film, co w kontekście całości fabuły ma wydźwięk dosyć ironiczny. Otóż Grawitacja jest liczącą sobie niemal dziewięćdziesiąt minut relacją z próby przeżycia głównej bohaterki w kosmicznej pustce właśnie. Bez pomocy z zewnątrz, w przestrzeni pozbawionej tytułowej grawitacji, ciśnienia i tlenu, dr Ryan Stone (Sandra Bullock) zmusza się do najbardziej desperackich i ryzykownych decyzji, które mają doprowadzić ją do bezpiecznego powrotu na Ziemię. Taki początek filmu sprawia wrażenie pewnego rodzaju wyzwania dla głównej bohaterki, która będzie musiała w jego trakcie udowodnić sobie i nam (widzom), że jest w stanie dokonać niemożliwego.

Film otwiera nakręcona w jednym ujęciu, siedmiominutowa scena przedstawiająca prace członków wahadłowca kosmicznego Explorer przy Teleskopie Hubble’a. Prace przerywa katastrofa  w postaci nadlatujących nagle odłamków satelity rosyjskiego, zestrzelonego w tajemniczych okolicznościach. Kataklizm objawia się w Grawitacji nagle i po cichu. Pierwsza informacja o nadciągającym zagrożeniu wybrzmiewa gdzieś w gąszczu pokładowej paplaniny. Oprócz zwyczajnych rozmów, dotyczących przeprowadzanych prac, są też żarciki i rozmowy o zdrowiu fizycznym członków misji. To, co przyniesie zaraz chaos i zniszczenie, pędzi gdzieś daleko z olbrzymią prędkością wprost na niczego nieświadomych członków załogi. Nie ma wielkiego „bum”. Odłamki nadlatują, po czym — bez dźwięku, który w kosmosie przecież się nie rozchodzi — dokonuje się prawdziwa rzeź. Przeżyje ją tylko dwoje członków załogi. W trakcie całego zajścia słyszymy tylko to, co słyszy główna bohaterka wewnątrz swego hełmu. Wszystkie uderzenia, rozerwania i kolizje dzieją się w złowieszczej ciszy.

We wspomnianym wcześniej prologu uświadamiamy sobie, co będzie najważniejszym elementem filmu. Mam tu na myśli pracę kamery, a dokładniej: płynność, z jaką operuje nią przez cały seans odpowiedzialny za zdjęcia Emmanuel Lubezki. Po pierwsze, w sposób płynny funkcjonuje tu perspektywa, z której obserwujemy wydarzenia. Zmienia się ona, bo raz widzimy wszystko oczami dr Stone, by w chwilę potem obserwować rzeczy, których Stone już nie widzi; które jej umknęły i są znane tylko nam. Odwołam się tu do sceny w rosyjskiej stacji kosmicznej, gdzie kamera na moment obraca się za główną bohaterką, żeby pokazać nam zwarcie elektryczne w jednym z pokładowych urządzeń. Wiemy o tym, że bohaterka Cuaróna za chwile zostanie poddana kolejnej wykańczającej próbie. Kamera uświadamia nam bliską przyszłość na moment przed bohaterką, której nie będziemy w stanie ochronić. Możemy się jedynie przyglądać jej nieświadomym poczynaniom, bezradnie kibicując komuś z góry skazanemu na porażkę. To zabieg podobny do tego, który mogliśmy obserwować w ostatnim filmie Cuaróna, czyli Romie. Kiedy Cleo zajęta jest wybieraniem kołyski dla swojego dziecka, dostajemy nieruchome ujęcie na okno sklepu, zza którego dobiegają dźwięki ulicznych zamieszek. Wiemy o tym, że wydarzy się coś złego: że to, co dostrzegamy przed samą bohaterką będzie miało bezpośredni wpływ na jej dalszy los. Wiemy, że kiedy zagrożenie w końcu da o sobie znać Cleo, będzie już za późno i nieszczęście (w tym przypadku przedwczesny poród i śmierć noworodka) będzie nieuniknione.

Płynna zmiana perspektywy w Grawitacji świetnie współgra z płynnością ruchów kamery. Mamy wrażenie, jakby lewitowała ona w przestrzeni kosmicznej razem z bohaterami. Cuarón przez cały film próbuje nam wmówić, że faktycznie został on nakręcony w kosmosie. Łzy dr Stone lecą wprost na obiektyw kamery, a niektóre przedmioty się o nią obijają. Gdy w trakcie bombardowania wahadłowca przez okrążające Ziemie odłamki doktor Stone zaczyna się obracać, kamera zaczyna robić to samo. Kamera jakby traci kontrolę nad ruchami razem z bohaterami. To wszystko tworzy iluzje jakbyśmy faktycznie mieli do czynienia z materiałem filmowym nakręconym w stanie nieważkości (wzmaga to dodatkowo efekt 3D, w którym Grawitacja była po premierze wyświetlana).

Jeśli chodzi o interpretacje filmu, jest ona dosyć oczywista. Jest to po pierwsze opowieść o ludzkiej woli przetrwania za wszelką cenę. Życie w kosmosie (chociaż niemożliwe), dalej pozostaje największą wartością, o którą warto walczyć do samego końca. Chociaż dla dr Stone po śmierci córki sprowadza się ono wyłącznie do spania, pracowania i depresyjnych przejażdżek samochodem przy akompaniamencie radia, to postanawia ona zawalczyć o nie po raz ostatni. W pewnym momencie ta ziemska rutyna i tęsknota za zmarłą córeczką doprowadzają do tego, że bohaterka Cuaróna na chwilę się poddaje. Dochodzi wtedy do próby samobójczej. W wizji spowodowanej chwilowym niedotlenieniem mózgu pojawi się półprzytomna fantazja w postaci samego George Clooneya, odgrywającego rolę Matta Kowalskiego: dowódcy misji, który w kilka chwil wcześniej poświęcił własne życie, żeby ocalić Ryan. Przekonuje on bohaterkę, że może jednak warto spróbować. Jest w pewnym sensie jej wewnętrznym głosem, który do ostatniej chwili próbuje ją powstrzymać od poddania się śmierci.

Tytułowa grawitacja jest tym, czego główna bohaterka pożąda za wszelką cenę — ale także i tym, co ciągle próbuje ją zabić. Przez grawitację właśnie dr Stone niemal spala się w kapsule, wpadając z ogromną prędkością do ziemskiej atmosfery. To grawitacja później ciągnie ją na dno zbiornika wody, w którym ląduje i prawie się topi. To grawitacja jest odpowiedzialna za fakt, że okrążające Ziemię fragmenty satelity dwukrotnie prawie ją rozszarpują Ryan na strzępy. W końcu, w ostatnim ujęciu filmu, bohaterka staje na własnych nogach. Mimo, że kilka minut wcześniej znajdowała się w przestrzeni kosmicznej i jej mięśnie nie są jeszcze do końca w stanie samodzielnie pracować wstaje o własnych siłach. Takie symboliczne zwycięstwo nad siłą regulującą kosmiczne prawa jest puentą filmu. Wrzuceni w bezmiar wszechświata jesteśmy tu zdani tylko na siebie, kiedy wszystko dookoła powoli nas uśmierca i próbuje zabić na każdym kroku, my możemy jedynie desperacko walczyć o przetrwanie.

W pewnym momencie z ust bohaterki pada stwierdzenie: „Nienawidzę kosmosu”. Można to potraktować jako kontynuacje myśli z poprzedniego akapitu. Bohaterka nienawidzi kosmosu, kiedy tak naprawdę nie ma poza nim żadnej innej alternatywy. Jest na niego skazana od początku do końca życia. Bije z tego duża ironia, która zresztą pojawia się w filmie kilkukrotnie (na przykład wtedy, gdy Matt Kowalski na chwilę przed katastrofą wahadłowca zwraca uwagę, że pół Ameryki zostało odcięte od Facebooka, jakby to był jego największy problem w tym momencie). Całe to ironizowanie jest próbą poradzenia sobie z trudną relacją między człowiekiem a kosmosem. Relacją nierówną i w pewnym sensie tragiczną. Kowalski odlatujący w przestrzeń kosmiczną, pogodzony ze śmiercią, wypytuje dr Stone o to, co myśli ona o jego wyglądzie i błękitnych oczach. W tym momencie, kiedy jego los jest przesądzony, nie zostaje mu nic innego jak poczucie humoru i odłożenie służbowych relacji na bok.

Alfonso Cuarón wysoko nad Ziemią opowiada historie najbardziej przyziemne. Jest tu wątek utraty dziecka, spotkania się nowego i starego (pierwsza misja dr Stone i ostatnia Kowalskiego), znudzenia życiem. To tylko kilka pobocznych motywów składających się na ten film. Jest też bardzo ważny motyw silnej postaci kobiecej. Tu na myśl przychodzi ponownie Roma, która głównie opowiada o sile kobiet. O ile jednak tam mowa jest o kobiecej solidarności, tu mamy do czynienia z kobietą zdaną wyłącznie na siebie. Grawitacja to bardzo uniwersalna opowieść o ludzkim życiu. O tym, jak desperacko jesteśmy w stanie o nie zawalczyć. Nawet ze świadomością, że wobec bezmiaru wszechświata jest ono praktycznie niczym.