Kuba, Czekaj! O „Królewiczu Olch”

Kuba, Czekaj! O „Królewiczu Olch”

Pierwotnie kolejność premier miała być odwrócona: to „Królewicz Olch” miał być oficjalnym debiutem Czekaja. Z perspektywy czasu wydaje się jednak, że zmiana planów wyszła młodemu reżyserowi na dobre. „Baby Bump” zdążył podzielić widownię jak mało który polski tytuł w ostatnim czasie, ale najnowszy film Czekaja raczej nie powtórzy tego „sukcesu”, co najwyżej pogłębi nieco podziały. Jedni zachwycali się przecież autorskim stylem i bezkompromisowością artystycznych rozwiązań w debiucie, drudzy skreślili reżysera za przekombinowanie i popadanie w kicz. Co niektórzy zaczęli już krzyczeć o upadku obyczajów i w ogóle o końcu świata. Może mają rację, bo reżyser spytany o jeden film, który mógłby wymienić w ramach inspiracji, podał tytuł „O-bi, o-ba: Koniec cywilizacji” Szulkina.

Nic dziwnego, skoro „Królewicz Olch” zaczyna się właśnie od apokalipsy. Na początku słyszymy w radiu, że jej nowa data została wyznaczona na 12 dni wprzód. Zaraz potem w angielskiej telewizji Brytyjczyk zaśpiewa o tym balladę, a cybernetyczny zegar znany ze zwiastuna zacznie odliczać pozostały czas. Po takim fabularnym obuchu w głowę, który wydaje się nie do uniknięcia, przechodzimy do historii kobiety (Agnieszka Podsiadlik) i jej genialnego 14-letniego syna (Stanisław Cywka). Ona chce wykorzystać jego talent do maksimum (i pozbyć się kłopotów finansowych). On czuje się przez to sprowadzenie do roli młodocianego naukowca samotny, niekochany i oddalony od zwykłego życia, o którym marzy, przez co jest niejako zmuszony dopracowywać swoją teorię światów równoległych.

Zauważyłem pewną tendencję u recenzentów. Otóż rezerwują sobie oni formułkę „Czego tu nie ma?”, gdy chcą oddać ogrom elementów, które składają się na jakieś filmowe dzieło. Zazwyczaj ma ona pozytywne konotacje, ale w przypadku filmu Czekaja się to nie sprawdza, gdyż ma on skłonności do przesady. Możemy się więc śmiało spytać: czego tu nie ma? Poza wymienionymi wyżej elementami fabuły mamy całą talię różnych zagrań montażowych czy operatorskich. I o ile technicznie – nie bójmy się tego powiedzieć – jest to poziom światowy (ze zdjęciami Adama Palenty na czele), o tyle wszystkie te elementy, które mają urozmaicić oglądanie filmu, wydają się być generowane losowo przez jakiś algorytm.

Reżyser za każdą kartą wyłożoną na stół kolejną rzuca w twarz, a zanim widz zdąży spytać się: po co?, trzy kolejne lądują w różnych miejscach na podłodze. Mamy więc chociażby powtórzenia danego słowa, mające jakby wprowadzić nas w stan hipnozy, przeinaczanie przez chłopaka rozmów matki głosem z offu, nagłe cięcia, metafory, długie monologi złożone jakby z przypadkowych słów, oniryzm, grozę, nie zabraknie także znanych z „Baby Bump” wyobrażeń o podtekstach erotycznych, choć tu co wrażliwszych widzów uspokajam – jest ich niewiele. Jeśli dodamy do tego przedstawienie świata równoległego i nieustanne przypominanie o nadchodzącym końcu świata, to w istocie mamy tu niezły bajzel.

Problem w tym, że ten bajzel nie bardzo chce ingerować w fabułę, wydaje się być zawieszony w innej przestrzeni. A szkoda, bo Czekaj ma parę asów w rękawie, które przez to niedbalstwo wydają się być zmarnowane. Podsiadlik świetnie wciela się w postać kobiety, która częściej wydaje się być antagonistką tworzącą problemy niż matką z krwi i kości. Spora w tym także rola naturalnie rozpisanych dialogów. Kameralne sceny, w których konfrontuje się ona ze swoim synem i – z jej punktu widzenia – jego bezsensownymi potrzebami, są najlepsze w filmie, jako jedne z niewielu angażują widownię emocjonalnie.

Jednak przedstawianie tej trudnej relacji też z czasem słabnie. Reżyser nie zadowala się prostą opozycją „dobry bohater – zły bohater”, ale jednocześnie zarówno syn, jak i matka wydają się dość płytcy. Jeżeli są sceny, które mają dać im nieco charakterystyki, to bledną one w odmętach oniryzmu i przenośni, więc w konsekwencji postaci nie zostają rozwinięte. Kobieta pozostaje po prostu apodyktyczna i niewrażliwa na inne aspekty życia swojego dziecka niż nauka, a wrażliwy chłopak, za którego ze względu na te problemy chcielibyśmy trzymać kciuki, okazuje się być bardziej szkicem i nośnikiem pewnych młodzieńczych cech niż pełnoprawną postacią. Mężczyzna (Sebastian Łach) pojawiający się później cierpi na podobną przypadłość. Brak imion dla bohaterów na pewno im nie pomaga. To kolejny z niezliczonych zabiegów, który ma uwypuklić pewną metaforę. Ale jaką? O odpowiedź będzie ciężko, bo reżyser nieustannie przecież dokłada karty, rzucając kolejne tropy byle gdzie, jakby nie chciał, byśmy z tych puzzli ułożyli sobie pewien obraz, co najwyżej jakieś małe, oddzielone i niewiele znaczące fragmenty.

Z obecnych reżyserów Czekajowi najbliżej chyba do Jana Komasy. W pewnym momencie film ten zaczyna przypominać „Salę Samobójców”, tylko mniej krzykliwą, a ubarwioną stylistycznie jeszcze bardziej niż „Miasto 44”. W dodatku obaj mają na koncie dwie pełnometrażowe fabuły, obaj mają swój ostry, autorski pazur, którym chcą zostawić wyraźny ślad na filmowej taśmie. I obaj mają ten sam problem, gdyż zapominają o, jakby się zdawało, bardzo prostej rzeczy: taśma filmowa jest  bardzo delikatna i nie należy jej zbyt mocno tym pazurem naciskać. W konsekwencji „Królewicz Olch” cierpi, stając się tytułem do bólu przewidywalnym i poszatkowanym od nadmiaru przenośni, które raz przedziurawione nie chcą dalej łączyć się w całość. Trzymam jednak kciuki za Czekaja, bo nie można mu odmówić rzeczy bardzo ważnej – potencjału, który gdzieś tam zawsze kryje się w tle: w pojedynczych ujęciach, scenach, postaciach, dialogach czy rozwiązaniach. Ma czas. Apokalipsa, wbrew temu, co płynie z głośników sali kinowej, jeszcze nie nadchodzi. I dobrze.

Michał Kurowski


Praca nagrodzona drugim miejscem w konkursie na recenzję Młodzi o FPFF!