Katarzyna Jarczak: „Easy” S01E06: „Utopia”

Katarzyna Jarczak: „Easy” S01E06: „Utopia”

Lucy (Malin Akerman) i Tom (Orlando Bloom) są fantastycznym małżeństwem. Przynajmniej takie wrażenie towarzyszy nam już od samego początku, kiedy tylko widzimy ich na ekranie w netflixowej produkcji Joe’ego Swanberga pt. „Easy”. Parę spotykamy na zajęciach muzycznych dla dzieci, gdzie od razu wyróżniają się z tłumu. Powód? Są tam jednym małżeństwem. Pozostałymi uczestniczkami zajęć są matki z dziećmi. Takim właśnie sposobem Tom przedstawiony jest jako fantastyczny rodzic oraz mąż. Ba, nawet nie wstydzi się żartować z faktu, że jest na sali jedynym facetem.

Właściwie wrażenie, że Tom i Lucy są naprawdę dobraną parą towarzyszy nam przez cały odcinek serialu. Nie sposób ich nie polubić, chociaż czasami może irytować fakt jak bardzo sielankowe zdaje się ich życie. A jednak czegoś im brakuje. Mowa tu o popularnej aplikacji randkowej – Tinderze. Dziwnym zbiegiem okoliczności para poznaje tę aplikację tego samego dnia od swoich znajomych (Tom od dziewczyny, której jest trenerem, z kolei Lucy od Annie [Kate Micucci], która jest jej znajomą od lat oraz nauczycielką muzyki od wspomnianych wcześniej zajęć dla dzieci). Para rozmawia na ten temat wieczorem w domowym zaciszu i dość szybko podejmuje decyzje o tym, żeby zarejestrować się w aplikacji i w formie eksperymentu umówić się na tzw. „trójkącik”.

Kino przyzwyczaiło nas do tego, że zazwyczaj tego typu pomysły nie kończą się dla bohaterów dobrze. Jednak w „Easy” wszystko układa się (o ironio) banalnie łatwo. Wspólne robienie zdjęć do profilu jest dla Lucy i Toma prawdziwą zabawą, a poranne rozmowy o potencjalnych kandydatkach (bo oczywiście trzecią osobą musi kobieta) upływają w przyjaznej i żartobliwej atmosferze w trakcie śniadania z małym dzieckiem. Aplikacja staje się pewnego rodzaju „rajem utraconym”, ponieważ pomimo ciągłych zapewnień, jak bardzo kochają się wzajemnie, to jednak nie mogą pogodzić się z faktem, że za czasów ich randkowania nie było takich wynalazków jak Tinder. Sprawa zaczyna się komplikować dopiero w momencie, kiedy to właśnie Annie przypadkowo trafia na profil małżeństwa i postanawia nawiązać kontakt.

Oczywiście, biorąc pod uwagę ile tysięcy ludzi korzysta z tej aplikacji, fakt, że to właśnie Annie od razu na nich trafia jest mało prawdopodobny, ale jednak nie niemożliwy. Nie wpływa to jednak na wrażenie, że zaraz nastąpią kłopoty. Może Annie ich wyśmieje…? Powie innym znajomym…? Pojawią się brudy z przeszłości? Małżeństwo poczuje się zażenowane i zapomni raz na zawsze o tym pomyśle…? Absolutnie nie! Po raz kolejny zostajemy zwodzeni za nos i wszystko kończy się dobrze. Jest swobodnie, utopijnie, bezproblemowo. Kiedy wreszcie dochodzi do zbliżenia między trójką bohaterów, ich gra wstępna zostaje przerywana jedynie płaczem dziecka (o czym informuje elektroniczna niania). Każdy z bohaterów po kolei odchodzi zająć się dzieckiem (żeby było sprawiedliwie i nikt nie czuł się pokrzywdzony).

Dochodzi do dość abstrakcyjnej sytuacji, kiedy do dziecka wyrywa się Annie, na co bezproblemowo zgadzają się Lucy i Tom. Słysząc, przez elektroniczną nianię, jak dziewczyna śpiewa dziecku, oddają się sobie z namiętnością. Nie wiemy, co się dzieje po powrocie Annie. Następny obraz jaki dostajemy to ich swobodne pożegnanie przy drzwiach. Nie dochodzi do żadnego napięcia, zgrzytu czy czegokolwiek złego. Długie sceny zbliżeń erotycznych pokazują momentami niezręczność sytuacji, która jednak szybko zostaje stłumiona śmiechem lub miłymi słowami. Jest to naturalne.

Łatwo jest polubić Lucy i Toma. Z kolei ciężko jest ich znielubić. Możemy się podśmiewać z ich decyzji, infantylności i przesadnej ekscytacji przy zakładaniu Tindera czy przesadnie powtarzanych zapewnień o ich niesłabnącej miłości, ale nie zmienia to faktu, że nadal odczuwamy do nich sympatię. Kibicujemy im i chcemy, aby nie doszło do konfliktu. Przyznam szczerze, że kiedy Lucy zareagowała na pierwszy płacz dziecka i zostawiła Toma wraz z Annie samych z prośbą, aby kontynuowali, to byłam pewna, że zaraz wydarzy się dramat. Zaskakujące było jednak to, że postanowili na nią zaczekać i jedyne na co sobie pozwolili to jeden pocałunek oraz nieśmiałe komplementowanie.

Czy jesteśmy przyzwyczajeni do takich sytuacji? Właśnie nie bardzo. Utopijne małżeństwo, które podejmuje się eksperymentu z seksem w trójkącie, gdzie nic się nie kończy tragedią? Brzmi niecodziennie. Utopijna relacja (jak sam tytuł odcinka wskazuje) wydaje się nieco przerysowana, a uśmiechy pary momentami wyglądają jakby były na stałe przyklejone do ich twarzy. Zaskakująco dobrze się wszystko kończy. Kolorystyka w filmie jest bardzo ciepła (jasne kolory, dużo światła). Swobodne i często zabawne dialogi wywołują lekki uśmiech. Moment, w którym Tom pomaga Annie w rozciąganiu mięśni w nodze (w trakcie przerwanej gry wstępnej, gdy Lucy poszła do dziecka) jest bardzo odrealnioną sytuacją. Śmiało można parsknąć śmiechem.

Na koniec Tom i Lucy czule przytulają się do siebie w sypialni, a Annie w swoim domu powraca do Tindera i z uśmiechem rozpoczyna prawdopodobnie kolejną przygodę. I żyli długo i szczęśliwie… w utopijnym związku.