Jest taka scena…

Jest taka scena…

Jest taka scena w „Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego, którą widziałem kilka razy zanim w ogóle zobaczyłem cały film. Chodzi o kultowy już poniekąd  moment, kiedy to Zula daje się ponieść tańcowi przy bardzo skocznym utworze „Rock around the clock”. Nakręcona w imponujący sposób na jednym ujęciu scena była filmową wizytówką w trakcie festiwalu filmowego w Cannes, gdzie „Zimna wojna” brała udział w konkursie głównym. Można ją było zobaczyć jeszcze przed zwiastunem jako jeden z materiałów promocyjnych na oficjalnej stronie festiwalu. W taki właśnie sposób udało mi się ją ujrzeć na kilka miesięcy przed tym jak zobaczyłem film w całości.

W tej scenie widocznie znudzona Zula siedzi przy barze w lokalu o znaczącej nazwie „Eclipse”. Udali się tam z Wiktorem i grupą znajomych po bankiecie u Michella- ich producenta, gdzie najprawdopodobniej załatwili sobie kontrakt na płytę. W tle słyszymy jakąś smętnie dogorywającą balladę, która tylko dopieszcza atmosferę nudy i zmęczenia. Również w tle dostrzegamy Wiktora- zajętego rozmową z bezimiennym starszym człowiekiem. Zula popijając z kieliszka sprawia wrażenie jakby już dawno zakończyła dobrą zabawę do momentu, gdy nie zaczną grać rockandrollowego kawałka w wykonaniu Billa Haleya. Wtedy rusza w tłum, gdzie stopniowo daje się ponieść muzyce i własnym podrygom. Radośnie wpada w objęcia różnych mężczyzn, by w końcu trafić na bar, gdzie beztrosko porywa tłum do zabawy, a na końcu rzuca się w czyjeś anonimowe ramiona- oczywiście wszystko to na oczach Wiktora.

Mam wrażenie, że w tej konkretnej chwili staje się na moment tą Zulą sprzed kilku lat wstecz. Dziewczyną ze wsi, która w jednej z pierwszych scen filmu bawi się do ludowej muzyki razem z innymi rekrutami do „Mazurka”, albo wskakuje do rzeki, żeby dać ponieść się nurtowi wody. Wydaje się, że przez chwile znowu jest tą (nie)zwyczajną dziewczyną z zespołu pieśni i tańca- wyjątkowo gibką i radosną. Dzieje się to wszystko w czasie Paryskiego epizodu w historii głównych bohaterów. Mieszkają wtedy razem w stolicy Francji, tłumaczą piosenki, szykują się do wydania albumu. Z jednej strony Zula sprawia wrażenie, jakoby dobrze odnajdywała się na salonach i przyjęciach, na których teraz bywa z Wiktorem, z drugiej ma mu za złe, że ten stara się ją „uwypuklić” i wymyśla bajki o jej przeszłości. Czy zaczyna wtedy dostrzegać jakiś fałsz i obłudę w ich życiu? Czy scena w barze nie jest jakąś zapowiedzią opuszczenia przez nią Paryża? Kilka scen potem odsłuchuje francuskiej wersji „Dwóch serduszek”- utworu powracającego w coraz to nowej wersji przez praktycznie cały film- tym razem w jazzowej aranżacji. Nie wydaje się zachwycona. Można by powiedzieć, że nie tak miało być.

Kiedy Pawlikowski odbierał Oscara w 2015 r. za „Idę” powiedział, że zrobił czarno- biały film o kontemplacji i potrzebie ciszy. Jeśli miałbym odpowiedzieć w jednym zdaniu o czym dla mnie jest „Zimna wojna” to najprościej by było posłużyć się parafrazą przytoczonych słów. Zula i Wiktor poznają się na wsi i na wsi wspólnie kończą. Bohaterowie Pawlikowskiego tego całego zgiełku, głośnych imprez i koncertów mają zwyczajnie już dosyć. Ich związek zostaje dodatkowo naznaczony politycznie i historycznie. Wątek tytułowej wojny będzie się przewijać przez cały film. Wplątując się w fabułę będzie tym niszczycielskim żywiołem rujnującym życie i związek Wiktora oraz Zuli. Ta potrzeba ciszy, ludyczności i spokoju najpełniej ujawnia się w finałowej scenie filmu, kiedy bohaterowie biorą prowizoryczny ślub w ruinach kościoła „pośrodku niczego”, żeby chwilę potem łyknąć tabletki i w wiejskim otoczeniu czekać na zgon. Cisza, spokój i pusta ławka, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała para kochanków- z tym nas zostawia reżyser.

Co do ostatniej sceny to jeszcze do niedawna była to chyba jedyna rzecz, która mi w filmie nie do końca „grała”. Wydawała mi się wręcz banalna, jakby twórcom zabrakło pomysłu na zakończenie tak zawiłej i z pewnością niebanalnej historii. Tyle, że jak mówię było tak „do niedawna” do póki nie zostałem uświadomiony o najprawdopodobniej autobiograficznym charakterze całej filmowej historii. O rodzicach Pawlikowskiego wiadomo niewiele.  Wiemy tylko, że antysemicka nagonka 68` roku, wyjazd z polski oraz imigrancka tułaczka boleśnie naznaczyły ich życie i związek. Z tą świadomością dedykacja „moim rodzicom” zamykająca „Zimną wojnę” wydaje się tym mocniejsza. Obojętnie jakie były moje pierwsze przemyślenia na temat zakończenia, w tym momencie wchodzimy na tak grząski i niezwykle osobisty grunt, że dobrym pomysłem wydaje się przemilczenie tych mimo wszystko pojedynczych pretensji.

Warto się natomiast skupić na tym co w filmie „grało”. Powiedzieć, że wszystko to tak jakby nic nie powiedzieć, ale jakby nie patrzeć „Zimna wojna” jest takim inscenizacyjnym arcydziełem. Poszczególne elementy dopełniają się wzajemnie tworząc coś na kształt dzieła pełnego. Film dosłownie gra. Ma swoisty rytm, który nadają mu po pierwsze muzyka i choreografia, przy współpracy z montażem i zdjęciami, a wszystkiego dopełniają naprawdę przekonujące kreacje aktorskie i wybitnie napisany i wyselekcjonowany scenariusz. Film ogląda się na jednym wdechu.  Nie ma chwili na myślowe odskocznie. Na refleksje przyjdzie czas dopiero jak się zaczną napisy końcowe. „Zimna wojna” to bardzo zwięźle opowiedziana historia dwójki ludzi, którym cały czas coś staje na drodze do pełni szczęścia. I w tej zwięzłości i współgraniu poszczególnych elementów dopatrywałbym się powodu dlaczego to faktycznie taki dobry film.

Warto się jeszcze troszkę głębiej skupić nad warstwą muzyczną filmu, bo z pewnością odgrywa ona w „Zimnej wojnie” rolę pierwszoplanową na równi obok Tomasza Kota i Joanny Kulig. I nie mam tu na myśli muzyki tylko jako czegoś co nadaje tempo całej opowieści. Chodzi mi bardziej o to, że muzyka jest w pewnym sensie bohaterem filmu, który łączy główne postaci i jest w pewnym sensie spoiwem ich relacji. To od tego wszystko się zaczyna- od śpiewanego przesłuchania do zespołu tańca i śpiewu „Mazurek”. Melodramatyczna struktura fabularna wpisana zostaje w coś na kształt filmu muzycznego, ale nie do końca musicalu w czystej formie. Mamy do czynienia prawie wyłącznie z muzyka diegetyczną. Nie ma tu miejsca na odrealnione wstawki muzyczne. Gdyby pokusić się o jakieś gatunkowe zaszufladkowanie „Zimnej wojny” z pewnością można by mówić o melodramacie z jednym szczegółem jakim jest jego wyjątkowa muzykalność. To tragiczna opowieść o losach dwójki kochanków, wpleciona w jazzowo- ludowy akompaniament.

Maciej Mazurek