Estetyka kosztem dramaturgicznej dokładności

Estetyka kosztem dramaturgicznej dokładności

Końcówka lat 50, duży apartament, kilkadziesiąt osób w garniturach i eleganckich sukienkach. Wśród nich ona. Na pierwszy rzut oka pasuje, wygląda nawet lepiej niż reszta gości. Elektryzująca i seksowna w swojej czarnej, prostej sukience różni się od innych obecnych pań. Ładnie gra tu małymi rzeczami reżyser- Zula, bo tak się nazywa główna bohaterka, jest jedyną blondynką w towarzystwie, jako jedyna ma dekolt i rozpuszczone włosy. Przychodzi w towarzystwie Wiktora, który od razu zapoznaje ją z gospodarzem Michelem. Smalltalk  ucina zaraz po grzecznościowej uwadze, że Wiktor dużo o niej opowiadał. Odchodzi w stronę barku. Kamera jej nie śledzi, zdążymy usłyszeć wypowiedziane przez Michela: “ma temperament”, montażowe cięcie następuje dokładnie w momencie, w którym znika z kadru. Po cięciu widzimy już samą Zulę wypijającą ciurkiem dwa koniaki i martini.  Wtedy nabiera więcej śmiałości i podchodzi do byłej kochanki Wiktora-sławnej poetki Juliette. Rozmawiają o tekście piosenki, który ta przetłumaczyła na francuski. Szczególnie istotna jest końcówka rozmowy, kiedy Zula mówi o swoim wyjeździe z Polski. Świetnie wypada w tym momencie Joanna Kulig odtwarzająca rolę Zuli, które jest w stanie “wycisnąć” z tej sceny absolutne maksimum. W rozmowie z Juliette najpierw jest w defensywie, nie wie czym jest metafora, traktowana jest jako Polka z wyraźną wyższością, ale udaje jej się odgryźć i po rozmowie to ona zostaje górą po pytaniu czy Juliette była kiedyś w Palermo. Wyraz twarzy Zuli w tym momencie to jeden z moich ulubionych momentów “Zimnej wojny”. Udowodniła, że nie jest gorsza, że tu też jest kimś. Nietrudno więc się domyślić jakim ciosem była informacja o próbie “uwypuklenia” jej osoby przez Wiktora, który powiedział Michelowi kilka rzeczy mijających się drastycznie z prawdą. Na przykład, że zabiła ojca, tańczyła dla Stalina i udawała góralkę. Być może to właśnie ten moment zadecydował o jej późniejszej decyzji o powrocie.

Napisałem już czego Zula nie robiła, ale co właściwie robiła w filmie? Zacznijmy od początku. Głównym bohaterem “Zimnej wojny” wcale nie jest Zula, a Wiktor-grany przez Tomasza Kota muzyk pracujący dla Zespołu Pieśni i Tańca “Mazurek”. Podczas przesłuchań do zespołu poznaje Zulę. Właśnie ich burzliwa relacja stanowi oś dramaturgiczną obrazu. Oficjalny opis dystrybutora mówi, że to film “ludziach, którzy nie mogli żyć ze sobą, ani bez siebie” i jakkolwiek głupio by to nie brzmiało trochę racji tu jest. Akcja rozgrywa się w kilku miejscach: Berlinie, Paryżu, Jugosławii i Polsce, ale głównie opowiada o miłości Zuli i Wiktora.

Czyj to film? Fellini, Antonioni, może Bunuel? Blisko. Paweł Pawlikowski. Polski reżyser jednak jest doskonale świadomy skojarzeń z tuzami kina autorskiego, które stara się zaakcentować jeszcze silniej przez rezygnację z nagrywania w kolorze i powrót do popularnego w latach 60. Formatu 4×3. Wisi w powietrzu pytanie, kiedy hołd przechodzi w powtarzalność. Pawlikowski może jej nie przekracza, ale na pewno na niej balansuje.

Nie tylko po filmowe inspiracje sięga reżyser, w scenie nad jeziorem można dostrzec całkiem pomysłowe nawiązanie do obrazu Johna Everetta Millais’a pt. “Ofelia”. Nie jest to tylko mrugnięcie okiem do wielbicieli angielskiego malarza, ale wiadomość o gatunku filmu. Miłość tytułowej Ofelii jest z pewnością jednym z archetypicznych przykładów melodramatu. Jak “Zimna wojna” wpisuje się w ten gatunek? Melodramat to z definicji utwór, którego oś fabularną stanowi wątek miłosny pomiędzy dwójką bohaterów, na których drodze do szczęścia stają rozmaite przeszkody, takie jak pochodzenie, status społeczny, rodzice etc. W przypadku “Zimnej wojny” będzie to sytuacja geopolityczna w Europie i natura samych bohaterów. Obrana konwencja okazała się dla Pawlikowskiego mieczem obosiecznym. Z jednej strony oddaje hołd klasycznemu gatunkowi, okazując mu sporo miłości, co na pewno może się podobać, ale swoją archaicznością i ckliwością ogranicza nieco reżysera, któremu zabrakło odwagi lub pomysłu, żeby przełamać konwencję chociażby w kwestii zakończenia.

Zakończenie niestety rozczarowuje i jest jedną z pięt achillesowych polskiego kandydata do Oscara, ale czy jest po prostu złe czy jest konsekwencją wcześniej obranej ścieżki? Trudno tu o jednoznaczną odpowiedź. Na pewno nie tylko zakończenie mogłoby być lepsze. Problem mam praktycznie z całym scenariuszem “Zimnej wojny”. Gdy oglądam pojedyncze sceny wszystko działa, dialogi są niezłe, technicznie nie ma się zupełnie do czego przyczepić, ale gdy rozważam te same sceny jako jeden z elementów “układanki” przestaje mi to grać i to już na poziomie struktury całego opowiadania. Jego eliptyczny charakter daje możliwość pokazania historii Zuli i Wiktora na przestrzeni wielu lat, ale mnie zostawia z pewnym niedosytem. Nawet w ekspozycji brakuje jakiejś dłuższej sceny dwójkowej i cała miłość dostajemy niejako na tacy, jako coś co po prostu mamy przyjąć jako widzowie, potraktować jako element konwencji i uwierzyć reżyserowi “na słowo”. Cierpi na tym wiarygodność, co odbija się na dalszych etapach filmu. Słowa “etapy” używam tu nieprzypadkowo. “Zimna wojna” jest podzielona na kilka części, które różnicuje czas i miejsce akcji. Jest 8 części, co jest dosyć zaskakujące biorąc pod uwagę metraż filmu, czyli skromne 84 minuty. Nie trzeba być matematykiem, żeby stwierdzić, że w przeskoki będą musiały następować relatywnie często. Za przykład może służyć pierwsza sekwencja w Paryżu. Składa się ona z pięciu dosyć krótkich scen łącznie trwających niecałe pięć minut. Malutko. I gdyby zastanowić się co do filmu wnosi te 5 minut byłoby to dosyć niewiele. Poza informacją co robi Wiktor w Paryżu nie dostajemy nic. Sceny nie łączą się też ani z poprzedzającą sekwencją w Berlinie, ani z następującą po nią częścią jugosłowiańską. Cierpi na tym nie tylko moje zaangażowanie w oglądanie, ale też ciągi przyczynowo-skutkowe, które powinny być podstawą funkcjonowania scenariusza w filmie fabularnym.

A jak wygląda łączenie scen od strony technicznej? Tu na pewno nie możemy mieć zbyt wielu zastrzeżeń. Jest precyzyjnie, estetycznie i logicznie. Ale czy na pewno? Montażysta Jarosław Kamiński razem z reżyserem zdecydowali się wyróżnić kilka cięć i wykorzystali tzw. “czarne klatki”. W których miejscach? Tu zaczynają się schody. Zastosowali ten zabieg dokładnie pięć razy. Cztery z nich to przeskoki czasowe i zmiany miejsca kolejno: pomiędzy Paryżem a Jugosławią, Jugosławią a Paryżem, Paryżem a Polską i Polską a Polską. Jest w tej zabawnej wyliczance zawarta jakaś prawda na temat “Zimnej wojny”, bo czy nie tak wyglądałby opis fabuły, gdyby pominąć znane wszystkim na pamięć frazesy “o ludziach, którzy nie potrafili żyć ze sobą, ani bez siebie”? Jednak nie o to mi chodziło. Wymieniłem tu cztery przejścia. Wszystkie z nich umieszczone zostały pomiędzy wyodrębnionymi przeze mnie wcześniej “etapami” i takie zastosowanie czarnych plansz przy montażu można uzasadnić bez większych problemów. Pytanie czy było potrzebne używanie go tyle razy i przy dwóch ostatnich w odstępie zaledwie trzech minut pozostawię otwarte. Mamy w takim razie cztery cięcia, ale co z piątym? Piąte zastosowane zostało podczas drugiej sekwencji w Paryżu. Pomiędzy dwiema scenami, które są ze sobą w logiczny sposób powiązane i nagrania do płyty wynikają bezpośrednio z wypowiedzi Zuli. Czy Kamiński i Pawlikowski chcieli zaznaczyć przeskok czasowy? Zmianę miejsca? Coś innego? Na to odpowiedź znają tylko oni.

Dosyć już jakichś technicznych bzdur o cięciach montażowych. Wróćmy do tego co tygrysy lubią najbardziej, czyli postaci. Jak budowani są bohaterowie w “Zimnej wojnie”? No różnie. Najlepiej budowana jest, co nieco zaskakuje, drugoplanowa postać granego przez Borysa Szyca Kaczmarka. Oślizgły karierowicz pozbawiony jakichkolwiek artystycznych zapędów jest doskonałą przeciwwagą dla Wiktora, ale i  porządnie zbudowaną postacią z delikatnie zasugerowaną przeszłością i wyraźnymi motywacjami. Pawlikowski ma wielki talent do ogrywania małych rzeczy, co jest szczególnie istotne przy prezentowaniu postaci w ekspozycji. Kaczmarek je zupę podczas przesłuchania w chłopskiej chacie, nie rozpoznaje języka łemkowskiego, zdejmuje czapkę w kościele itp. Drobnostki, a budują postać i nasz stosunek do niej. Zupa i język kreują go na ignoranta, a czapka w świetny i niezwykle subtelny sposób sugeruje nam chłopską przeszłość Kaczmarka przez odruch, jakim jest jej zdjęcie w opuszczonym kościele. To daje nam pojęcie o motywacji jaka może stać za jego ślepym posłuszeństwem i wiarą w system, który pozwolił mu “być kimś więcej”. W kontrze do Kaczmarka prezentowany jest Wiktor. Na początku prezentowany przeważnie w towarzystwie granej przez Agatę Kuleszę Ireny. Ich relacja budowana jest na świetnej chemii pomiędzy bohaterami i ładnym wykorzystaniu prostych motywów. Kiedy wymieniają uśmiechy, spojrzenia i wspólne papierosy, widzimy bardzo autentyczną relację. Szkoda, że Kulesza znika z ekranu około 25. Minuty i już nie wraca. Mniej przekonywująca jest relacja Wiktora z Zulą zbudowana na trzech wspólnych scenach w pierwszym akcie. Cóż, konwencja. Później miałem wrażenie, że ginie gdzieś motywacja głównego bohatera. Szczególnie w Paryżu widoczna jest jego tęsknota za Polską i Zulą, z drugiej jednak strony coś go tam trzyma i nie do końca chce być z Zulą. Jego zachowanie przestaje być do końca racjonalne, nieco bezbarwny staje się tam też sam Kot i może tu należy szukać przyczyny. Sympatia widza stoi bliżej emocjonalnej i trochę cwaniackiej Zuli i ta postać jest budowana znacznie lepiej, na szczególną pochwałę zasługuje błyskotliwa scena przesłuchania z uwagą Zuli o refrenie. Dobrze wychodzą także przełamiania definiującej Zulę cwaniackości(np. W pociągu do Berlina).

“Zimna wojna” ma kilka błędów scenariuszowych, jest za krótka, ale jest coś niezwykłego w tym filmie. Przy każdym z czterech seansów czułem autentyczną przyjemność z oglądania. Może to kwestia talentu Pawlikowskiego, cudownej estetyki, a może czegoś innego. Ale w najmniejszym stopniu mi to nie przeszkadza.

Szymon Pawletko