Cichych dramatów sceny niezliczone. O „Falach” Grzegorza Zaricznego

Cichych dramatów sceny niezliczone. O „Falach” Grzegorza Zaricznego

Przez ostatnie kilka lat polskim kinem rządzi pełnometrażowy debiut. „Córki dancingu” lądują w prestiżowej kolekcji Criterion, „Ostatnia rodzina” zbiera nagrody na całym globie, a „Plac zabaw” otrzymuje łatkę jednego z najbardziej przerażających filmów dekady. Jeszcze niedawno nazwiska takie jak Szelc, Domalewski czy Maślona ściągały widzów do kin świeżym i kompletnie zróżnicowanym repertuarem, prowokując do dyskusji o poprawiającej się kondycji lokalnej kinematografii.

Wspomniane grono powinno być zasilone przez „Fale” Grzegorza Zaricznego. Film miał swoją premierę w Konkursie Głównym festiwalu w Karlowych Warach, gdzie spotkał się z pozytywnym przyjęciem i wzbudzał skojarzenia z Czeską Nową Falą i twórczością Mike’a Leigh. W Polsce po udziale w gdyńskim konkursie i dość cichej dystrybucji szybko o nim zapomniano. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe, ponieważ „Fale” to kawałek zwięzłego, kameralnego kina zrobionego bez chwytu marketingowego w postaci popularnego aktora, formalnego rozmachu lub kontrowersyjnej tematyki. Nie można mu jednak odmówić dojrzałości i prawdy emocjonalnej, która jest wypadkową udanej hybrydy dokumentu i fabuły oraz bardzo intymnego i uczciwego podejścia do postaci.

Debiut fabularny Grzegorza Zaricznego kreśli portret przyjaźni pomiędzy dwiema dziewczynami z Nowej Huty, których drogi zbiegają się na praktykach fryzjerskich. Kasia pomimo trudnej sytuacji w domu czuje się dość dobrze w swojej skórze. Na kursach zbiera najlepsze oceny, a otoczeniu przygląda się z szelmowskim uśmiechem. Ania, dziewczyna z nieco bogatszego, ale rozbitego domu, tkwi w ciągłym konflikcie ze sobą. Dzieli mieszkanie z ojcem, ale nie potrafi się z nim porozumieć. Okazuje szczere zainteresowanie sztuką fryzjerską, ale ma ogromne problemy z opanowaniem skomplikowanej techniki tworzenia tytułowych fal. Jedyną osobą, przy której się otwiera jest Kasia. Ich relacja staje się dla nich ucieczką, okazją do snucia mniejszych i większych planów.

Już z opisu można wywnioskować, że Zaricznego nie interesuje agresywne kino społeczne w stylu „Cześć, Tereska”. Nie wkracza więc do czyjegoś domu, aby sfotografować awanturę. Dramaty u niego toczą się gdzieś w tle, można je odtworzyć ze strzępków dialogu albo ze sposobu, w jaki aktorzy są pozycjonowani w kadrze. Przyglądamy się dziewczynom i rozkwitającej miedzy nimi przyjaźni, jak dzielą w milczeniu papierosa albo przysypiają w trakcie wspólnej kąpieli. Tylko gdzieś pomiędzy chwytamy aluzje do trudności, które doświadczają w życiu rodzinnym.

Czasami w kinie społecznym przestrzeń miejską kreuje się jako więzienie, czynnik ograniczający ambicje i marzenia bohaterów. W „Falach” Nowa Huta nie stanowi pułapki dla Kasi i Ani, i to nie tylko ze względu na siłę i determinację, jakie daje im ich przyjaźń. Zariczny poprzez używanie takich środków wyrazu jak płytka ostrość i długi obiektyw jasno podkreśla, że człowiek jest jego głównym przedmiotem zainteresowania. Miasto zazwyczaj fotografuje spowite we mgle, dzięki czemu krakowska dzielnica schodzi na drugi plan i staje się przestrzenią ponadczasową. Oglądamy opowieść współczesną, ale jednocześnie przyglądamy się opuszczonym skate parkom, ekscentrycznym postaciom przewijającym się na podwórkach i innym dowodom zatrzymanego czasu. Dzięki miękkim i precyzyjnym zdjęciom Weroniki Bilskiej tego typu elementy nie stają się odpychające lub opresyjne; przeciwnie, mają swój dziwny, naturalistyczny urok.

I w tym uroku tkwi siła „Fal”. Tytuł dobrze odzwierciedla tempo opowieści: nieśpieszne, czasem wzburzone, ale nigdy nie wyłamujące się z ustalonego metrum. Można wprawdzie narzekać, że „Fale” zbyt mechanicznie i gładko przechodzą z jednej sceny do drugiej, ale w tej przejrzystości jest pewna uczciwość. Akcja rozwija się linearnie, w oparciu o jasne kontrasty. Najpierw widać czyste i chłodne mieszkanie Ani, które przypomina kopię wystawy z Ikei. Niedługo później kamera wkracza do ciaśniejszego, przesiąkniętego dymem lokum Kasi. Widz jednak nie spodziewa się, że ta prostota ma tylko uśpić jego czujność. Gdy wreszcie pojawia się scena, gdzie konflikt jest na tyle skomplikowany, że nie da się go rozwiązać słowną ekspozycją i wygodnym cięciem montażowym, Zariczny demonstruje swój talent. Wystarczy wspomnieć krępujące momenty ciszy, gdy matka Ani stara się nawiązać kontakt z córką. To właśnie z tych dłuższych ujęć wypływa emocjonalna prawda, która zaskakuje publiczność i generuje autentyczne wzruszenie.

Autentyzm znajduje oddźwięk także w castingu. Nie chodzi jedynie o odtwórczynie głównych ról, ponieważ odgrywane postaci stanowią przedłużenie ich rzeczywistych sylwetek. Katarzyna Kopeć i Anna Kęsek wcześniej były bohaterkami innego filmu Grzegorza Zaricznego, dokumentu pt. „Love, love”. Reżyser zdecydował się wyeksploatować naturalną chemię pomiędzy dziewczynami i postawić je w sytuacji fabularnej. Instynkt go nie oszukał, ponieważ improwizacje bohaterek są zupełnie niewymuszone i nie czuć w nich, że muszą coś odegrać, aby popchnąć akcję do przodu. Problemem mogły być więc bardziej rozpoznawalne twarze, takie jak Tomasz Schimscheiner czy Joanna Olszewska. Na szczęście w ich interpretacjach nie ma nuty zadęcia. Można w jednej sekundzie uświadomić sobie, że jeden z aktorów grał w „Na Wspólnej”, a w następnej o tym zapomnieć i skupić się na postaci. Widać zatem, że film był obsadzony pod czujnym okiem dokumentalisty.

Pomimo tego, że na drugim planie nie ma ani jednego słabszego ogniwa, największą aktorską rewelacją w „Falach” pozostaje Edyta Torhan. Postać szefowej zakładu fryzjerskiego, począwszy od makijażu i kostiumu, a kończąc na nieskrępowanej manierą mimice, wydaje się wchłonięta przez filmową Nową Hutę jako jej organiczny element. Widz może być przekonany, że ma do czynienia z tubylcem albo charyzmatycznym naturszczykiem, ale ostatecznie się myli. Edyta Torhan od przeszło 20 lat jest profesjonalną aktorką, a „Fale” to nie pierwszy projekt, który tworzy we współpracy z Grzegorzem Zaricznym. Jej postać pozostawia silne wrażenie, choć względnie nie robi zbyt wiele: może to być skupienie, z jakim poprawia grzywkę, czy znużenie, z jakim komentuje błędy swoich wychowanek.

W „Falach” detale są równie ważne, co dystans do przedmiotu. Prozaiczna wymiana zdań o zupie pomidorowej ma w sobie tyle samo emocji, co niemy obraz dziewczyny siedzącej na rampie nad skonsternowaną matką. To film, który jednocześnie oddycha i imponuje zwartą strukturą. To świat, w którym rozmowy sprawiają wrażenie zasłyszanych w przelocie, w którym żaden z aktorów nie szarżuje, a naturszczycy i profesjonaliści żyją w symbiozie. To kino, które zwodzi zwyczajnością i zaskakuje skrzętnie ukrytym ładunkiem emocjonalnym. Być może w Polsce powstało już wiele wybitnych debiutów, ale żaden z nich nie dorówna „Falom” w jednej cesze: wiarygodności.

Marcin Zwolan


Praca nagrodzona wyróżnieniem w konkursie na recenzję Młodzi o FPFF!