American dream na mazurskiej wsi. O „Cichej nocy” Piotra Domalewskiego

American dream na mazurskiej wsi. O „Cichej nocy” Piotra Domalewskiego

Adam wraca z Holandii do rodzinnego domu na święta. Ma zwykłą czarną bluzę i nieduży plecak. Wychodząc z autobusu, wpada w mazurskie błoto. Niezrażony maszeruje do wypożyczalni samochodów. – Najdroższy proszę – mówi. – Płacę gotówką. Gdy dotrze do najbliższych, to i sam wujek wdepnie w błoto na podwórku, żeby z bliska obejrzeć to cacko. – Moje. Pracuję, to mam – powie rodzinie „szczęśliwy” emigrant.

„Cicha noc” – debiut Piotra Domalewskiego – będzie wybrzmiewała w podobnej tonacji do samego końca, bo z takich właśnie śmiesznych i smutnych akordów skomponował ją reżyser i scenarzysta w jednej osobie. I chociaż jedną z atrakcji rodzinnej uroczystości okaże się minikoncert skrzypcowy najmłodszej przedstawicielki rodu, która będzie okropnie fałszować, to w filmie nie pojawią się już fałszywe tony. Z jednej strony dzięki znakomitemu uchu i oku Domalewskiego, który snując opowieść, dba o wiarygodne tło i nasyca ją szczegółami pozwalającymi odnaleźć w filmie cząstkę siebie (kto nie oglądał w święta „Kevina samego w domu”?). Z drugiej strony dzięki temu, że do czytania nut zatrudnił prawdziwych wirtuozów, jak choćby Dawida Ogrodnika, Tomasza Ziętka, Arkadiusza Jakubika, Marię Dębską czy Tomasza Schuchardta. A to tylko kilka przykładowych nazwisk spośród wielu, których wykonania złożyły się na ten doskonały koncert o polskiej prowincji i niezbyt wesołych skutkach emigracji zarobkowej.

A co nam przywiozłeś?

Adamowi (Dawid Ogrodnik) wiedzie się na obczyźnie. A przynajmniej chce, żeby wszyscy tak sądzili. Jest dobry w swoim fachu, poznał rynek, wyrobił sobie siatkę kontaktów, próbował nawet pomóc bratu (Tomasz Ziętek), którego ściągnął na Zachód, ale ten nie wytrzymał i uciekł. Adam nie chce jednak pracować dłużej na cudzy rachunek i skończyć jak własny ojciec (Arkadiusz Jakubik), który pół życia był emigrantem zarobkowym i dorobił się przede wszystkim alkoholizmu. Aby pójść na swoje, zamierza sprzedać dom dziadka, który należy w równej mierze do niego, jak i do jego rodzeństwa. Podczas świąt spróbuje przekonać rodzinę, żeby powierzyła mu wspólny majątek, który spłaci, kiedy tylko rozkręci biznes w kraju tulipanów, gdzie planuje też zabrać ze sobą z Polski ciężarną narzeczoną.

W na pierwszy rzut oka dobrze wymyślonym planie Adama szybko pojawią się słabe punkty, które – niczym elementy domina – zaczną się przewracać, by w końcu obalić całą misterną konstrukcję. Trudno bowiem być równocześnie tam i tu, wywiązywać się z obowiązków zawodowych na obczyźnie, zachowując bliski kontakt z tymi, których zostawiło się w kraju. „Cicha noc” między wierszami bezbłędnie chwyta tak zwane „bycie pomiędzy”. Bo Adam w Holandii jest tylko obcokrajowcem, który nigdy nie będzie „swój”, a w rodzinnej mazurskiej wsi zdążył już stać się obcy, bo od dawna go tam nie ma. Dom, który żyje w jego wyobraźni, jest w rzeczywistości zupełnie inny; bliscy zmienili się wraz z upływem lat – mają nowe plany, nowe pomysły na życie. Coraz bardziej mgliście pamiętają też Adama, który na emigracji również się zmienił. Ale nie dla wszystkich to jest najważniejsze. Kiedy przyjeżdża, nie pytają, jak mu tam jest, tylko co im przywiózł lub proponują wspólny biznes. Nie wyobrażają sobie nawet, że zamiast im dać, będzie chciał od nich wziąć. W celu, który też nie przemknął nikomu przez myśl – aby wyprowadzić się z Polski na zawsze. A przecież wszyscy się spodziewali, że kiedyś wróci – jak jego ojciec.

Domalewski w formie zgrabnie skrojonego komediodramatu przedstawia zatem w swoim filmie dwie fale emigracji – pierwszą, zaraz po wejściu Polski do Unii Europejskiej, kiedy po prywatyzacji przedsiębiorstw i zlikwidowaniu PGR-ów chleba na Zachodzie szukał każdy, kto mógł. A także drugą, gdy zarobki w euro zaczęły przyciągać młodych, często wykwalifikowanych pracowników, marzących o wyrwaniu się z rodzimej biedy. W rzucanych mimochodem pytaniach o prezenty, w kłamstwach o samochodzie, odbieranych po kryjomu zagranicznych telefonach twórca przemyca trochę prawdy i weryfikuje stereotypy na temat polskich emigrantów zarobkowych dwóch pokoleń. Opowiada o rozdarciu między dwoma światami i wstydzie, że życie w tym „lepszym świecie” nie okazało się wcale lepsze, że sukces nie jest tam ani łatwy, ani spektakularny. Ale przede wszystkim między wierszami mówi o najbardziej dojmującym doświadczeniu emigranta zarobkowego – o poczuciu, że zawsze gdzieś go nie ma.

Miało nam się żyć lepiej

„Żyje się po to, aby innym ludziom, którzy będą żyli po nas, żyło się lżej, ale to się nie zawsze udaje” – pada w „Dekalogu I” Krzysztofa Kieślowskiego. Podsumowuje to niejako życie ojca Adama, który po latach harówki z dala od domu wreszcie osiadł na mazurskiej prowincji i każdego dnia obserwuje zmęczoną twarz swojej żony oraz gonitwę za chlebem dzieci. Gdy wzrok nie był tak wyraźny, żyło się łatwiej. Patrzenie z bliska boli, zwłaszcza kiedy zaczyna się dostrzegać, że mimo wielu lat starań właściwie do niczego nie udało się dojść. Majątek nie jest imponujący, dzieci przez większość czasu nie miały ojca, a teraz w pocie czoła zasuwają na chleb. Pole widzenia skutecznie zawęża jedynie alkohol, który – choć uśmierza ból – może pozbawić jedynej wartości wciąż obecnej w jego życiu – szacunku rodziny. Jeśli nie powstrzyma się od picia, na nic nie zda się nawet rozpieszczanie najmłodszej córeczki, którą jako jedyną wychowuje osobiście.

Adam nie chce iść w jego ślady, ale biedę, tak jak kształt nosa czy sposób chodzenia, się dziedziczy. Gdy rodzice mają słabo płatną pracę, nie są w stanie zapewnić dzieciom odpowiedniej edukacji i warunków rozwoju – nie stać ich na dodatkowe korepetycje, wycieczki, wizyty w kinie i teatrze. Z powodu tych deficytów kulturowo-edukacyjnych ich potomstwo nie może w przyszłości znaleźć dobrej pracy i tym samym zapewnić tego, czego im zabrakło, swoim dzieciom. Błędne koło uzupełnia często brak pozytywnych wzorców, wykluczenie społeczne, nałogi, brak edukacji w zakresie planowania rodziny, nabyte choroby czy wypadki losowe.

I tak oto ojciec Adama ciężko pracował, żeby jego dzieci miały w życiu lepiej. Córka zdobyła wyższe wykształcenie, syn jest wykwalifikowanym pracownikiem za granicą i sprawnie posługuje się językiem obcym. Tylko dlaczego ta mądra, ładna dziewczyna pod makijażem ukrywa przed koleżankami ze sklepowej kasy siniaki po małżeńskich kłótniach? Dlaczego młody, zdolny chłopak, który ma odwagę zaryzykować i zacząć pracować na siebie, zostaje z niczym? Domalewski nie szafuje prostymi odpowiedziami. Jego wersja tak zwanej Polski B to zmarginalizowana, wykluczona i zapomniana chałupa daleko na mazurskiej wsi. I choćby się uciekło na najlepsze uniwersytety i do najdalszych krajów, te ceglane budynki i surowe krajobrazy, te butelki wódki ukrywane przed ojcem i dziadkiem za kanapą, ta mentalność, bezradność i strach zostają gdzieś z tyłu głowy. Z enklawy biedy, kultury biedy czy kręgu biedy – jakiekolwiek zwali socjologowie – samemu wyjść jest wyjątkowo trudno. Schemat się powiela, a  kolejne pokolenia żyją w nędzy, marząc o lepszym losie dla swoich dzieci. Trudno w kilku słowach opowiedzieć, dlaczego tak się dzieje. I właśnie tu tkwi siła filmu Domalewskiego, który nie prawi morałów i nie szuka łatwych rozwiązań, tylko pokazuje, że to zniuansowany i wielowarstwowy problem.

Choćby się paliło

Tematem i formą (wykorzystanie środków narracyjnych, podobieństwa w warstwie wizualnej) „Cicha noc” przypomina „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego, ale Domalewski patrzy na prowincję w większym optymizmem i głębiej analizuje jej problemy. „Smarzol” w swoim niepodrabialnym stylu przerysował drobiazgowość, chamstwo, prostactwo i pijaństwo, a happy endem była dla jego bohaterów romantyczna ucieczka z tego świata. Tymczasem Domalewski przygląda się mazurskiej wsi z empatią, a w jego filmie wartością okazuje się nie ucieczka, a wspólne trwanie w tym świecie. Choćby się waliło i paliło (nawet dosłownie).

W kontrze do piewców kapitalizmu i wolnego rynku, którzy powtarzają, że mieszkańcy prowincji sami są winni swoich problemów i oskarżają ich o wyuczoną bezradność, „Cicha noc” pokazuje, że rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. Chociaż jej mieszkańcy bardzo tego chcą, to często sami nie mogą opuścić kręgu biedy. Mogą próbować, ale to długotrwały proces i nie na wszystko można mieć wpływ. Na ich los składają się bowiem w dużej mierze przemiany ustrojowe, polityka ekonomiczno-społeczna kraju, miejsce urodzenia i zamieszkania czy rodzina ze swoją historią. Adam też wcale nie jest kowalem własnego losu. Może wymyślić, że będzie bogaty w Holandii, może próbować to osiągnąć, ale nie musi mu się udać. I to nie jest jego wina. Po prostu amerykański sen nie zawsze się spełnia na mazurskiej wsi.

Weronika Rzeżutka


Praca nagrodzona wyróżnieniem w konkursie na recenzję Młodzi o FPFF!